Integra w nowej odsłonie

18 03 2014

Zapraszam wszystkich do odwiedzenia strony Integra.boo.pl w całkowicie nowej odsłonie. Mam nadzieję, że taka jej wersja przypadnie Wam do gustu. Zachęcam do zainstalowania aplikacji integra.boo.pl oraz wyrocznie-integra na swoich urządzeniach z systemem Android. Będę wdzięczny za komentarze.

Reklamy




Rozterka szósta

19 04 2009

czyli wyprawa po złote runo

Era książki wypożyczanej potrwała w moim życiu dość długo. Jednak po upływie kilku lat, biblioteka przestała mi wystarczać. Okazało się bowiem, że są takie książki, do których chce się wracać i to wcale nie po to, żeby po latach przypomnieć sobie ich zapomnianą treść, ale przeciwnie – po to, aby powtórnie zatopić się w znajomym świecie i jeszcze raz poczuć panującą w nim atmosferę. Poprzestając na możliwościach oferowanych przez bibliotekę, byłbym skazany na wypożyczanie tych samych książek w kółko, tym samym odbierając, a w najlepszym razie znacznie opóźniając innym potencjalnym kandydatkom możliwość stania się moimi ulubienicami, do których zechcę powracać. Jedynym wyjściem z tego błędnego koła bibliotecznej adoracji było nowe zdefiniowanie celu wypożyczania książek. Postanowiłem zatem, że odtąd biblioteka posłuży mi za punkt rozpoznawania wartości książek, które zechcę włączyć do własnego księgozbioru.

Wkrótce mądrość ludowa dowiodła swej wartości, okazało się bowiem, że człowiek planuje, a Opatrzność krzyżuje. Kryzys objawiał się nie tylko brakami w strawie dla ciała, ale i dla ducha, sprawiając, że półki w księgarniach upodabniały się do haków w sklepie mięsnym. Jednak dla młodego umysłu – cokolwiek oderwanego wówczas od problemów polityczno-gospodarczych – problem ten nie istniał. Chcesz mieć książkę? Cóż prostszego – idź do księgarni i ją sobie kup.

Czytaj resztę wpisu »





Rozterka piąta

18 04 2009

czyli inicjacje biblioteczne

Opanowawszy sztukę kreślenia liter, układania ich w słowa, a tych w zdania, a zatem wyposażony w pełni, jak mi się zdawało, w stosowny pisarski oręż, zapragnąłem zapoznać się z osiągnięciami konkurencji. Cudze wiersze darowałem sobie już na wstępie, opowiadaniami zainteresowałem się przelotnie i raczej pobłażliwie, nabożnie koncentrując się przede wszystkim na powieściach, przy czym jedynym wiarygodnym dla mnie kryterium pozwalającym odróżnić jedne od drugich był ich rozmiar, pozwalający bądź nie, na publikację w postaci odrębnej książki. Wszelkie zbiory opowiadań to zwykłe zapchajdziury, każda powieść, choćby najkrótsza, to warte uwagi osiągnięcie. Los jednak, z typową dla siebie przewrotnością – a może raczej poczuciem humoru – sprawił, że to właśnie pewien zbiór opowiadań stał się dla mnie na długi czas upragnionym i niedostępnym przedmiotem pożądania.

Czytelnicze królestwo stanowił dla mnie wówczas pokój mojej starszej siostry, do którego zakradałem się potajemnie pod jej nieobecność i myszkowałem wśród całych czterech półek pełnych książek. Dla celów ochrony przed wścibskimi, a nie zawsze domytymi łapkami kilkulatka, wszystkie zostały przewidująco oprawione w biały papier śniadaniowy, w ten sposób stając się dla mnie jeszcze bardziej tajemniczymi, obiecującymi i pociągającymi. Oczywiście, czytanie rozpoczynałem od troskliwego zdjęcia tej śniadaniowej okładki. Wiadomo przecież, że potrawa tak dla ciała jak i dla ducha nie może smakować razem z opakowaniem.

Czytaj resztę wpisu »





Rozterka czwarta

16 04 2009

czyli poezja nie wystarczy

Po nauce czytania, przyszła pora na pisanie. Ołówek-ogryzek, skrawki starych i nowych gazet, wielkie skupienie, jeszcze większe przejęcie i lekko przygryzany język – oto zapamiętane przez mnie oznaki tego doniosłego działania, jakim jawiło mi się pisanie. Logika podszeptuje, że po pierwszych pojedynczych literkach, naturalną rzeczy koleją, każde dziecko wypisuje ich najprostsze kombinacje, w stylu TATA, albo MAMA, i całkiem możliwe, że tak też było w moim przypadku, tym niemniej, słowo, które wyraźnie zapamiętałem jako mój debiut literacki, brzmiało: PIEC. Po uzyskaniu potwierdzenia kolejno wszystkich członków rodziny, że jest to wyraz napisany poprawnie, pracowicie zapisałem nim wszystkie wolne przestrzenie w zasięgu wzroku i ręki do wysokości, mniej więcej, stu trzydziestu centymetrów.

W trakcie tej mozolnej pracy odtwórczej, znalazło się też miejsce na pierwiastek twórczy, który był wynikiem, jak to się często dzieje, pomyłki, co jednak wcale nie umniejsza jego wartości, o ile został w porę dostrzeżony i właściwie doceniony. Do mojego pierwszego sukcesu twórczego przyczyniło się, jak sądzę, zmęczenie, które pokierowało moją wciąż niewprawną ręką, zmieniając kształtną krągłość literki C w nieco pokrętny kształt S. Rutynowo podetknąłem do sprawdzenia pierwszemu z brzegu dorosłemu kartkę zagryzmoloną, jak zwykle jednym i tym samym piecem i tu czekała mnie niespodzianka. Ojciec, bo zdaje się, że to był on, wykazał się zadziwiającą cierpliwością, skoro nie zlekceważył sto dwudziestego odcinka powieści PIEC i wśród zwykłej monotonii zauważył coś nowego.

Czytaj resztę wpisu »





Rozterka trzecia

15 04 2009

czyli odnaleźć się w gąszczu liter

Podobno matka małej Agathy Clarissy Miller starannie chroniła córeczkę przed szkodliwym wpływem edukacji, a szczególnie znajomości liter, wiedząc, że kto raz pozna ich magię, ulegnie jej na zawsze. Na szczęście ciekawość dziecięca nie zna granic, podobnie jak przebiegłość, więc Agatha, nie znając poszczególnych liter, pewnego dnia odkryła, że potrafi rozpoznawać całe słowa w swojej książeczce z bajkami. Pani Miller nie przewidziała, że może istnieć więcej niż tylko jeden sposób nauki i, wielokrotnie głośno czytając córce te same opowieści, sama niechcący uchyliła furtkę, z której natychmiast skorzystała sprytna Agatha, wdzierając się do królestwa czytelnictwa, a później i pisarstwa, w którym po kilkudziesięciu latach, już jako Agatha Christie, doczekała się tytułu Królowej Kryminału.

Uczciwie trzeba przyznać, że kiedy pani Miller zorientowała się w poniesionej porażce, nie tylko nie próbowała uparcie obstawać przy swojej, dość kontrowersyjnej metodzie wychowawczej, ale postawiona wobec faktu dokonanego, całkowicie zmieniła front, odtąd stawiając na rozwijanie tak cudownie odkrytego talentu córki. Ona też, jakąś dekadę później, całkowicie przekonana, że jej córka może osiągnąć absolutnie każdy cel, zachęciła powątpiewającą Agathę do napisania pierwszego opowiadania.

Czytaj resztę wpisu »





Rozterka druga

14 04 2009

czyli pisarzem być to jest coś

Pisarzem chciałem zostać odkąd pamiętam i było to pragnienie autentycznie moje własne, w przeciwieństwie do całej reszty deklaracji składanych dla usatysfakcjonowania innych ludzi. Mając pięć lat, zobowiązałem się na przykład do zostania księdzem, kiedy w trakcie lekcji religii, siostra katechetka ruszyła przez salę, każdemu dziecku zadając to samo pytanie: kim chciałbyś zostać? Pamiętam swoją pewność, że oto zaraz usłyszę, jak każde dziecko grzecznie odpowiada, że marzy o zostaniem księdzem lub zakonnicą, zależnie od płci, potem swoje zdziwienie, że nikomu nawet do głowy nie przyszła aż tak niedorzeczna odpowiedź, a w końcu swoją rozterkę, kiedy katechetka zbliżyła się do mnie. Ulegając hipnozie miejsca, a także zgromadzonych tłumnie rodziców, nie mówiąc już o dzieciach, i pragnąc poklasku za udzielenie jedynej poprawnej, jak mi się zdawało, odpowiedzi, wykrzyknąłem dumnie: "Księdzem!" Ku swemu zdumieniu, zamiast podziwu, wzbudziłem raczej wesołość wszystkich zgromadzonych, na czele z siostrą katechetką, która jako jedyna zresztą próbowała powstrzymać się od parsknięcia śmiechem. Ona też, jak sądzę, była jedyną, która niepojętym dla mnie sposobem, odgadła kierującą mną potrzebę zadowolenia innych i pogłaskała mnie po głowie, co naiwnie odebrałem jako słuszną nagrodę, a co w istocie było raczej wyrazem współczucia. Musiała być to mądra kobieta. Miała rację. Życie nie polega na tłamszeniu siebie po to tylko, żeby zaspokoić oczekiwania innych, najczęściej zresztą, o zgrozo, wymyślone przez nas samych.

Czytaj resztę wpisu »





Rozterka pierwsza

13 04 2009

czyli skąd wzięła się we mnie potrzeba bycia kimś

Doświadczenia zbieramy przez całe życie, przy czym te wczesne, bodajże z pierwszych trzech lat życia, są wyjątkowe, choć ich znaczenie odkrywamy stopniowo, przez następne lata młodości, dojrzałości i starości. Podobno jednak, choć bardzo wczesne, nie są to doświadczenia najwcześniejsze. Wrażenia, jakie odbieramy jeszcze w łonie matki, mogą okazać się co najmniej równie ważne, a na pewno znacznie trudniejsze do odtworzenia, zwłaszcza, jeśli nie przemawiają do nas techniki rebirthingu czy regresji, bo w końcu iluż z nas rozmawia ze swoimi matkami o tych dziewięciu miesiącach naszego bezpowrotnie utraconego poczucia bezpieczeństwa? Zresztą pamięć ludzka jest nie tylko zawodna, jest również wybiórcza, nie możemy więc wymagać, by matka szczegółowo pamiętała cały tamten czas. Czasem jednak zdarza się, że jakieś wydarzenie utkwi głęboko w jej pamięci i pewnego dnia podzieli się nim z nami, wyjaśniając, być może, jakiś niezrozumiały fragment naszej osobowości. Tak właśnie było ze mną.

Miałem wówczas niespełna osiemnaście lat i kończyłem liceum, pławiąc się w dramatycznym poczuciu niezrozumienia mnie przez świat i wynikającej stąd bezsensowności dalszej egzystencji. Upojne chmary samobójczych myśli napływały do mnie co najmniej kilka razy w tygodniu, co, paradoksalnie, stanowić miało niezbity dowód mojej nadzwyczajnej dojrzałości. Po co żyć, skoro nie tylko nikt cię nie kocha, ale nawet nie rozumie? Nikogo nie obchodzi, kim jesteś, co myślisz i co czujesz. Jesteś niepotrzebny, myślałem smętnie, w miłym poczuciu męczeństwa, zupełnie jeszcze nieświadomy faktu, że nie każde męczeństwo czyni bohaterem.

Mniej więcej taki właśnie nastrój, choć, rzecz jasna, starannie ukrywany przed całym światem, towarzyszył mi w chwili, kiedy matka znienacka odkryła przede mną rąbek tajemnicy życia – mojego życia. Byłem jej trzecim dzieckiem, a drugim z trzech synów – oczywiście najmniej chcianym, jak podejrzewałem. Rozmawialiśmy o lekarzach – świetny temat, jeśli tylko lubi się narzekać i krytykować – i dochodziliśmy właśnie do wniosku, że te wszystkie konowały funta kłaków razem nie są warci i lepiej do nich nie chodzić, bo człowiek w najlepszym razie tylko sobie nerwy zszarga, jeśli już uda mu się ujść z życiem.

– To ci któryś zostawi nożyczki w brzuchu, a to przyszyje śledzionę do wątroby – tłumaczyła mi, z lubością powtarzając swoje ulubione przykłady. – Albo leczą cię na serce, jak masz zapalenie płuc. Znałam jednego takiego, co teraz leży pod trawnikiem, a był z niego chłop jak dąb. Ale takich to już mamy doktorów. – Westchnęła i odłożyła żelazko, przerywając na chwilę prasowanie. – A już najgorsi to są ginekolodzy – dodała ze zgorszeniem. – Przykładów daleko szukać nie muszę, bo chodziłam do jednego takiego, jak byłam z tobą w ciąży.

W tym miejscu ciekawie nadstawiłem ucha.

– Chodziłam do niego już wcześniej, przy Joli i Mariuszu i nie był taki zły – przyznała uczciwie, choć raczej niechętnie. – Ale jak poszłam z tobą, to wiesz, co mi powiedział?

Nastąpiła dramatyczna chwila przerwy.

– No? – rzuciłem ponaglająco, nie przeczuwając jednak finału.

Czytaj resztę wpisu »








%d blogerów lubi to: