Rozterka piąta

18 04 2009

czyli inicjacje biblioteczne

Opanowawszy sztukę kreślenia liter, układania ich w słowa, a tych w zdania, a zatem wyposażony w pełni, jak mi się zdawało, w stosowny pisarski oręż, zapragnąłem zapoznać się z osiągnięciami konkurencji. Cudze wiersze darowałem sobie już na wstępie, opowiadaniami zainteresowałem się przelotnie i raczej pobłażliwie, nabożnie koncentrując się przede wszystkim na powieściach, przy czym jedynym wiarygodnym dla mnie kryterium pozwalającym odróżnić jedne od drugich był ich rozmiar, pozwalający bądź nie, na publikację w postaci odrębnej książki. Wszelkie zbiory opowiadań to zwykłe zapchajdziury, każda powieść, choćby najkrótsza, to warte uwagi osiągnięcie. Los jednak, z typową dla siebie przewrotnością – a może raczej poczuciem humoru – sprawił, że to właśnie pewien zbiór opowiadań stał się dla mnie na długi czas upragnionym i niedostępnym przedmiotem pożądania.

Czytelnicze królestwo stanowił dla mnie wówczas pokój mojej starszej siostry, do którego zakradałem się potajemnie pod jej nieobecność i myszkowałem wśród całych czterech półek pełnych książek. Dla celów ochrony przed wścibskimi, a nie zawsze domytymi łapkami kilkulatka, wszystkie zostały przewidująco oprawione w biały papier śniadaniowy, w ten sposób stając się dla mnie jeszcze bardziej tajemniczymi, obiecującymi i pociągającymi. Oczywiście, czytanie rozpoczynałem od troskliwego zdjęcia tej śniadaniowej okładki. Wiadomo przecież, że potrawa tak dla ciała jak i dla ducha nie może smakować razem z opakowaniem.

Szybko uporałem się z tymi czterema metrami literatury, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia, wkrótce zacząłem rozglądać się za nowym źródłem pożywki intelektualnej. Skutki mojego głodu czytelniczego natychmiast odczuła cała rodzina, nagabywana o nowe książki już nie tylko przed urodzinami, czy świętami, bo kto by wytrzymał tyle czasu na głodzie, ale codziennie, bez żadnej okazji. Na szczęście książki były wtedy raczej tanie – jeśli już były – więc cała rodzinka rzuciła się do księgarń, ogarnięta szałem kupowania wszystkiego, co tylko nadawało się do czytania, żebrząc, przekupując i szantażując znudzone sprzedawczynie, a wszystko po to, żeby choć na chwilę uciszyć moje natrętne prośby i żądania. W końcu jednak i to źródło wyschło, bo rodzinka ogłuchła na moje apele, zgodnie z zasadą, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. I znowu zostałem sam ze swoim problemem. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Cierpiałem straszliwe katusze, przekonany, że nigdy już nie będzie mi dane niczego przeczytać, wtedy jeszcze nieświadom zasady, że w gruncie rzeczy, świat bardzo chętnie podsuwa nam stosowane okazje do samorozwoju, w postaci tak zwanych zbiegów okoliczności, a naszym zadaniem jest tylko je dostrzec i wykorzystać. Szczęśliwe dla mnie okoliczności zbiegły się nieoczekiwanie w miejscowym ośrodku zdrowia, do którego zaciągnęła mnie mama. Oprócz gabinetu lekarskiego i dentystycznego, budynek mieścił w sobie kilka innych instytucji państwowych, niezwiązanych ze zdrowiem, jak choćby Poczta Polska. My, niestety, nie przyszliśmy tu kupować znaczków. Stojąc przed gabinetem stomatologa i słuchając na przemian wrzasków i błagalnych jęków, dobiegających zza drzwi, wiedziałem, że żadna siła nie zmusi mnie do przekroczenia progu tego piekła. Zdaje się, że to postanowienie wyraźnie odmalowało się na mojej twarzy, bo obserwująca mnie z rosnącym niepokojem mama, znająca siłę mojego uporu, pochyliła się nade mną i szepcząc konspiracyjnie, wskazała mi drzwi na końcu korytarza. Spojrzałem na nie obojętnie. Drzwi jak drzwi. Z jakąś tabliczką.

– Wiesz, co jest za nimi?

Wysiliłem wzrok.

– Biblioteka – przeczytałem, czując, że mam ściśnięte gardło.

– No właśnie. A wiesz, co to jest? – indagowała mama cierpliwie.

Pokręciłem głową.

– Tam jest bardzo dużo książek i można je sobie wypożyczać. A jak je przeczytasz, to możesz je oddać i pożyczyć następne. I tak w kółko.

Milczałem przez chwilę, przetrawiając informację. Zza drzwi stomatologa dobiegały jakieś niewyraźne szumy.

– I przynosić je do domu? – upewniłem się ostrożnie.

– Tak.

– I można wybierać, jakie się chce?

– Można.

– I ile się chce…?

– No, nie wiem, chyba tak – zastanowiła się mama.

Kolejne pytanie wystrzeliło ze mnie z szybkością błyskawicy.

– A można wszystkie…?

– O, nie sądzę – odparła mama poważnie. – Musiałbyś przyjechać po nie ciężarówką. Ich tam jest za dużo.

Tak, ciężarówka dawała mi pewien obraz możliwości takiej biblioteki… Należało go czym prędzej uściślić. Zanim jednak zdążyłem zadać kolejne pytanie, tajemnicze drzwi otworzyły się nagle i ktoś z nich wyszedł. Zaledwie na krótką chwilkę zobaczyłem fragment wnętrza, ale to wystarczyło. Za drzwiami na końcu korytarza znajdował się raj.

W błogim rozmarzeniu wpatrywałem się w wiodącą do niego bramę, w nadziei, że znowu uchyli się choć na chwilę, kiedy zamiast tego, znienacka otwarły się przede mną wrota piekielne – i z czeluści gabinetu stomatologicznego usłyszałem swoje imię i nazwisko.

– Pójdziemy do tej biblioteki, jak pani doktor obejrzy twoje ząbki – powiedziała szybko mama, popychając mnie lekko w stronę pani w białym fartuchu.

No cóż, wtedy zrozumiałem, że szczęście ma swoją cenę. Czasem, aby dotrzeć do nieba, musisz przejść przez piekło. Gotowy na najgorsze, z wyrywaniem wszystkich zębów włącznie – ostatecznie do czytania ich nie potrzebuję – pozwoliłem posadzić się na madejowym fotelu, zamknąłem oczy i posłusznie otworzyłem usta. Pani doktor skierowała na mnie silne światło i włożyła mi do ust jakiś zimny metalowy przyrząd.

– To tylko lusterko – powiedziała uspokajająco, machając nim trochę w te i we wte i pomagając sobie jakimś drugim, niezidentyfikowanym narzędziem. Wietrząc jakieś oszustwo, bo niby dlaczego nie powiedziała co to jest, to drugie, już nabrałem powietrza w płuca, gotów do wyrażenia protestu.

Nie zdążyłem jednak wydać żadnego dźwięku.

– Wszystko w porządku – powiedziała pani doktor i zgasiła lampę.

Otworzyłem oczy. Jak to? To już? Przez uczucie ulgi wyraźnie przebijał się niedosyt.

– Dzielny chłopiec – pochwaliła mnie druga pani w białym fartuchu. – Niektóre dzieci to jeszcze nie usiądą w fotelu, a już płaczą, krzyczą i rzucają się, jakbyśmy chciały przypiekać je na wolnym ogniu. Szkoda, że wszyscy nie są tacy grzeczni jak ty – i pogłaskała mnie po głowie.

Wyszedłem zatem z gabinetu w blasku chwały, a zaabsorbowany oczekującym mnie bibliorado, przegapiłem naukę, że piekło, przez które przechodzimy, często tworzymy sobie sami.

Biblioteka mieściła się w jednym, niezbyt dużym pokoju, ale dla mnie gąszcz kilkunastu regałów pełnych książek wydawał się wręcz olbrzymi, zupełnie jak gęsty zagajnik, który wydaje się nie mieć końca, jeśli tylko znajdziesz się między jego drzewami. Labirynt kusił nieznanym i zapewne rzuciłbym się w jego zakamarki, błądząc w nim z lubością w nieskończoność, gdyby mama przewidująco nie przykuła mnie do siebie silnym uściskiem dłoni. Szarpnąłem się kilka razy, ale okazało się, że swój upór odziedziczyłem właśnie po mamie.

– Słucham panią? – powiedziała miła pani siedząca za biurkiem.

– Dziękuję, on chciał tylko zobaczyć książki – wyjaśniła mama, na wszelki wypadek wskazując mnie głową, żeby nie rozluźnić uścisku.

– To może go od razu zapiszemy? – powiedziała bardzo miła pani.

– No, nie wiem… – zawahała się mama. – Chcesz się zapisać…?

Nie bardzo rozumiałem, o co chodziło z tym zapisaniem się, ale na pewno oznaczało to pozostanie tu jeszcze przez chwilę, a dla tego byłem gotów na wszystko. W odpowiedzi kiwnąłem głową tylko raz, ale za to tak energicznie, że omal nie wybiłem sobie swoich zdrowych ząbków o własną klatkę piersiową.

– No dobrze – westchnęła mama, przeczuwając, zdaje się, że odtąd będziemy tu częstymi gośćmi.

Zgodnie z nadzieją, na czas załatwiania owego tajemniczego zapisania się, pozwolono mi podejść do najbliższej półki i przyjrzeć się książkom, pod warunkiem, że nie będę niczego dotykał. Dobre i to, bo było na co popatrzeć.

– Dobrze, to wszystko – powiedziała w pewnym momencie przemiła pani i zwróciła się do mnie. – Więc jaką książeczkę chciałby przeczytać sobie nasz mały kawaler? A może ja coś ci wybiorę, kochanie? Jakąś ładną bajeczkę albo wierszyki?

– Chcę… – zacząłem lekko ochrypłym z emocji głosem, ale za to zdecydowanie – chcę „Mitologię” Parandowskiego!

Mina przemiłej pani była jasna nawet dla mnie. Nie takie bajeczki miała na myśli.

– Ale… – zaczęła niepewnie i spojrzała na moją mamę, która bezradnie wzruszyła ramionami.

– Nie mam pojęcia – oświadczyła krótko.

Miła pani wykazała się nieco spóźnionym refleksem, ale i właściwym podejściem.

– W tej chwili, niestety, nie ma – powiedziała mianowicie. – Ale może wybierzesz sobie coś innego…? – i, zanim zdążyłem zażyczyć sobie, na przykład, „Fizjonomikę” Arystotelesa, przytomnie zaprowadziła mnie do półki z literaturą dziecięcą. – Może stąd?

W zasadzie wyszedłem z biblioteki bardzo zadowolony, przekonany, że o czymkolwiek miałaby być ta jakaś mitologia, z pewnością równie ciekawe okażą się przygody konia zwanego Czarnym Królewiczem. Jeśli jednak miła pani bibliotekarka sądziła, że tak łatwo zapomnę o dziele Parandowskiego, to swoją pomyłkę zrozumiała po moich kilku kolejnych wizytach w bibliotece. Starannie przesłuchiwana przeze mnie na okoliczność dostępności upragnionej przeze mnie książki, przez pewien czas dzielnie i konsekwentnie podtrzymywała swoją wersję, jednak po kilku tygodniach wreszcie skapitulowała i pewnego dnia, bez słowa, po prostu wręczyła mi jakieś opasłe tomiszcze. Również w milczeniu, bo zatkało mnie na widok objętości upragnionego dzieła, schowałem je do swojej reklamówki i poszedłem do domu.

Niestety, nie tak wyobrażałem sobie te mity, słuchając streszczeń w wersji light serwowanych mi przez starszą siostrę dla uśmierzenia nagłego ataku bólu zęba. Na moje pytanie, skąd zna te opowiadania, zgodnie z prawdą wymieniła ich źródło, nie przewidziała tylko, że tak dokładnie to sobie zapamiętam. W rezultacie, dość długo mity kojarzyły mi się z głębokim rozczarowaniem. Być może, pragnąc czegoś, nie zawsze w pełni uświadamiamy sobie, czym jest w istocie przedmiot naszych pragnień, a może kiedy już dochodzi do jego realizacji, nie jesteśmy odpowiednio przygotowani na jego przyjęcie. Z drugiej strony, skąd mamy wiedzieć, czy już jesteśmy gotowi czy nie, jeśli nie spróbujemy i nie przekonamy się o tym? W przeciwnym razie możemy przecież żałować utraconej okazji. Czy lepiej zatem żałować niespełnienia nierealnego pragnienia, czy narazić się na rozczarowanie w wyniku rozwiania iluzji…?

Inne rozterki znajdziesz tutaj:

Rozterka pierwsza, czyli skąd wzięła się we mnie potrzeba bycia kimś – Kliknij

Rozterka druga, czyli pisarzem być, to jest coś – Kliknij

Rozterka trzecia, czyli odnaleźć się w gąszczu liter – Kliknij

Rozterka czwarta, czyli poezja nie wystarczy – Kliknij

Rozterka szósta, czyli wyprawa po złote runo – Kliknij


Działania

Information

2 responses

1 05 2009
ewa may

Miło mi, że dołączyłeś przyjemny blog do linków. To ja się odwzajemniam. I mam pytanko, czy mogę zacytować u siebie z tej właśnie, piątej Rozterki🙂 fragment od słów „Być może pragnąc czegoś..” czyli to podsumowanie ze „smrodkiem dydaktycznym” ? oczywiście z linkiem

Lubię

1 05 2009
Ryszard Oślizło

Również dziękuję za linka🙂 oraz za wszystkie komentarze😀
Jeszcze kilka razy próbowałem dodać u Ciebie komentarz, ale nie wychodzi mi zupełnie😦
I oczywiście, bardzo proszę cytować „dydaktyczny smrodek”, hehe😀

Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: