Rozterka czwarta

16 04 2009

czyli poezja nie wystarczy

Po nauce czytania, przyszła pora na pisanie. Ołówek-ogryzek, skrawki starych i nowych gazet, wielkie skupienie, jeszcze większe przejęcie i lekko przygryzany język – oto zapamiętane przez mnie oznaki tego doniosłego działania, jakim jawiło mi się pisanie. Logika podszeptuje, że po pierwszych pojedynczych literkach, naturalną rzeczy koleją, każde dziecko wypisuje ich najprostsze kombinacje, w stylu TATA, albo MAMA, i całkiem możliwe, że tak też było w moim przypadku, tym niemniej, słowo, które wyraźnie zapamiętałem jako mój debiut literacki, brzmiało: PIEC. Po uzyskaniu potwierdzenia kolejno wszystkich członków rodziny, że jest to wyraz napisany poprawnie, pracowicie zapisałem nim wszystkie wolne przestrzenie w zasięgu wzroku i ręki do wysokości, mniej więcej, stu trzydziestu centymetrów.

W trakcie tej mozolnej pracy odtwórczej, znalazło się też miejsce na pierwiastek twórczy, który był wynikiem, jak to się często dzieje, pomyłki, co jednak wcale nie umniejsza jego wartości, o ile został w porę dostrzeżony i właściwie doceniony. Do mojego pierwszego sukcesu twórczego przyczyniło się, jak sądzę, zmęczenie, które pokierowało moją wciąż niewprawną ręką, zmieniając kształtną krągłość literki C w nieco pokrętny kształt S. Rutynowo podetknąłem do sprawdzenia pierwszemu z brzegu dorosłemu kartkę zagryzmoloną, jak zwykle jednym i tym samym piecem i tu czekała mnie niespodzianka. Ojciec, bo zdaje się, że to był on, wykazał się zadziwiającą cierpliwością, skoro nie zlekceważył sto dwudziestego odcinka powieści PIEC i wśród zwykłej monotonii zauważył coś nowego.

– No, widzę, że umiesz napisać nowe słowo! – pochwalił mnie.

Zatchnęło mnie z wrażenia. Coś podobnego! Nowe słowo!

Ojciec wrócił do czytania swojej gazety, ale w tej sytuacji nie na długo.

– A jakie?! – chciwie wyrzuciłem z siebie.

– Hm? Tak, bardzo ładne, bardzo… – mruknął ojciec nieuważnie i przewrócił stronę.

W to akurat nie wątpiłem, zajęło mi jednak trochę czasu i energii wyrwanie z niego upragnionej informacji. Nowym słowem był PIES. Tak, pies, rzeczywiście, bardzo ładne słowo. PIES. I PIEC. PIES i PIEC. I proszę, sam to napisałem, nawet o tym nie wiedząc! Muszę być jednak bardzo mądry. Najpierw czytanie, a teraz… Następna myśl zelektryzowała mnie jeszcze bardziej, niż informacja o nowym słowie. Może ja już w ogóle umiem pisać?!

Dziwne, że te wszystkie emocje mnie nie zadusiły, kiedy w pośpiechu rzuciłem się do sprawdzania tej hipotezy. Przez dłuższą chwilę pracowałem w milczeniu, choć wewnętrznie niemiłosiernie miotany rozterką. Czyżby…?

Niestety, nadzieja dość szybko zdechła, kiedy tylko ojciec rzucił okiem na moje dzieło.

– No, bardzo ładne te szlaczki – powiedział. – A co, już ci się znudziło pisanie?

Usta same wygięły mi się w podkówkę. Rzuciłem w kąt znienawidzone nagle przybory do pisania i wybiegłem z pokoju, mijając w drzwiach matkę, która natychmiast oskarżycielsko zaatakowała Bogu ducha winnego ojca:

– Coś ty mu tam znowu nagadał?

Cisza łazienki pomogła mi przetrawić tragedię. Po takiej porażce, pisanie rzeczywiście znudziło mi się na długo. Wróciłem do niego dopiero nazajutrz.

Ciekawa sprawa, że również w kwestii nauki pisania, moja pamięć starannie pozbyła się wszelkich danych poza etapem pojedynczych wyrazów i pierwszym poważnym efektem, w postaci zbiorku poezji. Pewnego dnia, mając nie więcej niż sześć lat, zostałem bowiem poetą. W specjalnie do tego celu przeznaczonym zeszycie, zapisywałem swoje kolejne utwory, których w sumie było około dziesięciu, a większość zaczynała się od słów "Był sobie…". Jeden z nich, groźnie zatytułowany, „Tygrys”, brzmiał następująco:

Był sobie
tygrys ktury
mi powiedział
że wątrobę mi
wygryzł a ja
mu nato że to
drobnostka bo
moja wątroba to
kostka.

Układ tego utworu wyraźnie wskazywał, że panuję nie tylko nad treścią, ale także nad formą właściwą poezji. Jak wiadomo, porządny wiersz powinien być wąski i podłużny, bo taka to już natura wierszy. Dyskusyjna pozostaje kwestia poprawności tego dzieła – ale chociaż drobne braki w interpunkcji dałoby się jakoś wyjaśnić, a niedostatki ortograficzne usprawiedliwić, w ostateczności zaś skrzętnie ukryć, wolę mężnie przyjąć na siebie odpowiedzialność za nie. W poezji, jak w życiu, uznanie swoich błędów nadaje sens ich popełnieniu.

Treść znacznej części utworów wyraźnie wskazywała na przyczynę i cel ich powstania, a jeśli uznać je za zalążek mojej kariery twórczej, to przypisać można im wartość niemal proroczą, gdyż w swej dziecięcej nieświadomości i na swój dziecinny sposób usiłowałem opisać to, co najistotniejsze dla każdego twórcy, czyli siebie samego. Z grubsza, tom można byłoby podzielić na dwie części, opisujące moje otoczenie i mnie samego. Niestety, zdaje się, że zanadto uległem narzuconym sobie wymogom formy, zgodnie z którymi rymy wydawały mi się absolutnie obowiązkowe, a już na pewno ważniejsze niż zgodność z rzeczywistością. Godnym przedstawicielem pierwszej grupy jest dzieło zatytułowane „Zegarek”:

Tykał
sobie w
kąciku
nasz stary
zegarek
no i śmiał
się z niego
w klatce
ptak kanarek.

Mimo wysiłków, nie udało mi się przypomnieć sobie żadnego starego zegarka tykającego gdziekolwiek, a ptakowi kanarkowi, gdyby istniał, z pewnością nie byłoby do śmiechu w obliczu jak najbardziej rzeczywistej kotki, która chętnie udowodniłaby mu, że przed zdobyciem pierzastej przekąski nie powstrzyma jej żadna klatka.

Nieco bliższe prawdy okazały się dzieła z drugiej grupy, okraszone elementami samokrytyki:

„Włosy”

Tak mi
urosły
włosy
że mam
na głowie
kłosy a nie
włosy.

Czy też bardziej dobitny:

„Nos”

Mam bardzo
duży nos
podobnie jak
kos. A bocian
mi powiedźał że
jestem głupi
tak jak muj
nos i zna-
jomy kos.

Koniec końców, forma poezji okazała się jednak dla mnie niesatysfakcjonująca. Stwierdziłem, że to dobre dla kogoś, kto nie ma zbyt wiele do przekazania, zgodnie z zasadą, że mniej słów równa się mniej treści. A przecież wiersz musi być krótki, żeby nie marnować papieru.

Starannie ponumerowanych siedemnaście stron mojego debiutu lirycznego kończyło się desperacką próbą wyjścia poza denerwujące ograniczenia tej formy przekazu. No, bo w końcu na co komu te rymy?

„Latarka”

Była
sobie latarka
plotkarka.
Plotkarka
dlatego bo
całą noc
i cały dzień
plotkowała.

Powstały w ten sposób dziwoląg, ni wiersz ni proza, okazał się ostatnim gwoździem do trumny i w ten oto sposób pogrzebane zostały moje ambicje poetyckie, robiąc miejsce innym, wówczas jeszcze niezbyt dla mnie jasnym. Ale czy nie z takich właśnie nieokreślonych i męczących przeczuć rodzi się najwięcej osiągnięć…?

Inne rozterki znajdziesz tutaj:

Rozterka pierwsza, czyli skąd wzięła się we mnie potrzeba bycia kimś – Kliknij

Rozterka druga, czyli pisarzem być, to jest coś – Kliknij

Rozterka trzecia, czyli odnaleźć się w gąszczu liter – Kliknij

Rozterka piąta, czyli inicjacje biblioteczne – Kliknij

Rozterka szósta, czyli wyprawa po złote runo – Kliknij


Działania

Information

2 responses

27 04 2009
ewa may

:)) Nie można się powstrzymać od śmiechu czytając. Ja nie wiem czy to dobrze?;) I zachowały się wierszyki z dzieciństwa… to zasługa rodziców czy starszego rodzeństwa?

Lubię

27 04 2009
Ryszard Oślizło

To bardzo dobrze, bo taki był zamysł autora (i bohatera), haha😀
A wierszyków zachowało się więcej, zebrane w tomik, a jakże – jest to zeszyt 16-kartkowy, choć niektóre kartki zostały wyrwane. Nie pamiętam, dlaczego, być może w efekcie radykalnej samokrytyki literackiej…

Nie pamiętam, kto to dzieło schował (zdaje się, że siostra), ale kiedy je znalazłem, wszyscy kazali mi tego pilnować, toteż pilnuję…😉

Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: