Rozterka trzecia

15 04 2009

czyli odnaleźć się w gąszczu liter

Podobno matka małej Agathy Clarissy Miller starannie chroniła córeczkę przed szkodliwym wpływem edukacji, a szczególnie znajomości liter, wiedząc, że kto raz pozna ich magię, ulegnie jej na zawsze. Na szczęście ciekawość dziecięca nie zna granic, podobnie jak przebiegłość, więc Agatha, nie znając poszczególnych liter, pewnego dnia odkryła, że potrafi rozpoznawać całe słowa w swojej książeczce z bajkami. Pani Miller nie przewidziała, że może istnieć więcej niż tylko jeden sposób nauki i, wielokrotnie głośno czytając córce te same opowieści, sama niechcący uchyliła furtkę, z której natychmiast skorzystała sprytna Agatha, wdzierając się do królestwa czytelnictwa, a później i pisarstwa, w którym po kilkudziesięciu latach, już jako Agatha Christie, doczekała się tytułu Królowej Kryminału.

Uczciwie trzeba przyznać, że kiedy pani Miller zorientowała się w poniesionej porażce, nie tylko nie próbowała uparcie obstawać przy swojej, dość kontrowersyjnej metodzie wychowawczej, ale postawiona wobec faktu dokonanego, całkowicie zmieniła front, odtąd stawiając na rozwijanie tak cudownie odkrytego talentu córki. Ona też, jakąś dekadę później, całkowicie przekonana, że jej córka może osiągnąć absolutnie każdy cel, zachęciła powątpiewającą Agathę do napisania pierwszego opowiadania.

Co prawda, przede mną nie starano się ukrywać w dzieciństwie istnienia liter, ale też i specjalnie nie zachęcano do ich poznawania. Tym, co mnie łączyło z małą Agathą, był raczej zakodowany w podświadomości głód tego właśnie rodzaju wiedzy, jakby przyniesiony na ten świat z innego, w którym pismo było dla mnie podstawą egzystencji. Wewnętrzna presja, by przywrócić tamten stan była tak silna, że wobec niemożności jej natychmiastowego spełnienia w świecie rzeczywistym, próbowałem uciekać się do wyobraźni. Spędzałem zatem całe godziny, z upodobaniem i namaszczeniem wpatrując się w równe rządki liter to w jakiejś książce, to w gazecie. Pytania w rodzaju, „Co to za litera?”, „Dlaczego ta sama litera nie wygląda zawsze tak samo?”, „Czy małe litery dorosną, a duże były kiedyś małe?”, „Dlaczego pisane litery są inne niż drukowane?”, i tak dalej, i tak dalej, stanowiły codzienną rutynę, do której wkrótce przyzwyczaiła się cała moja dorosła rodzina. Odpowiedzi udzielali mi różnych, w zależności od swojej wiedzy, a częściej nastroju, w rezultacie wywołując w mojej wyobraźni barwny, choć niekoniecznie prawdziwy, obraz świata liter i pisma. Na szczęście, często, na moją prośbę, odczytywali mi głośno jakiś fragment bajki, elementarza, albo wiadomości polityczno-gospodarczych z Trybuny Robotniczej, nad którym później mogłem w skupieniu i z lubością ślęczeć do woli, ku wielkiemu zadowoleniu reszty domowników. Umiejętność czytania i pisania stanowiła dla mnie szczyt dorosłości, dostępny jedynie dla elit, stąd też z zazdrością i nabożeństwem obserwowałem ojca, czytającego codzienną gazetę, łaknąc chwil, kiedy głośno odczytywał matce jakiś fragment i dostając białej gorączki, kiedy, w przypływie poczucia humoru, po przeczytaniu kilku początkowych słów, resztę zastępował niefrasobliwym „ble ble ble”, kończąc nieodmiennym: „Dwie dziurki w nosie i skończyło się”.

Zaś na moje niecierpliwe:

– Ale co dalej…?!

Odpowiadał zwykle:

– A dalej się gwiżdże.

Czy wobec takiej postawy, miałem inne wyjście, niż to, żeby samodzielnie nauczyć się czytać? Oczywiście, znając zaledwie kilka wyżebranych literek, niewiele mógłbym zdziałać bez pomocy wyobraźni. Siedząc więc nad jakimś wierszykiem lub bajeczką, rozpaczliwie usiłowałem wgryźć się w znaczenie słowa, które zaczynało bądź kończyło się na znajomą literkę. P…… r…… raz znaczyło zatem „Pewnego razu”, a kiedy indziej, na przykład „Poranna rosa”, albo „Przepiękna róża”, w zależności od tego, co znajdowało się na pobliskim obrazku, albo co udało mi się zapamiętać z głośnego czytania danego fragmentu. W dobie kryzysu miało to jeszcze jedną dobrą stronę – jedna książeczka mogła służyć za całą podręczną biblioteczkę, zwłaszcza, że jak się później okazało, dorośli nie przejmowali się specjalnie tym, co naprawdę było napisane w danym miejscu książeczki, tylko pletli na odczepnego, co im ślina na język przyniosła, udając, że czytają, zwłaszcza, gdy nie mieli pod ręką okularów. Na moje podejrzliwe pytania, dlaczego bohaterka jednej i tej samej książeczki raz nazywa się Marysia, a raz Ania i dlaczego jedna przygoda nie ma nic wspólnego z drugą, zwłaszcza jeśli czyta ją ktoś inny niż poprzednio, odpowiadali, że to dlatego, że ta książeczka jest czarodziejska. Nieco skołowany ich taktyką, bardziej konsekwentną niż samo czytanie, i nadal węsząc jakiś podstęp, bo skoro treść zmienia się czarodziejsko, to czemu obrazki są ciągle takie same, musiałem jednak im uwierzyć, bo w końcu oni powinni więcej wiedzieć o świecie. W rezultacie, zakodowałem sobie, że książki mają w sobie coś magicznego i że ich treść w dużym stopniu zależy od tego, kto czyta. Z perspektywy lat, taki wniosek wydaje mi się zadziwiająco słuszny, nie tylko jak na pięciolatka.

Przełom nastąpił pewnej niedzieli, kiedy to rodzice udali się z samego rana do kościoła, a ja obudziłem się wcześniej niż zwykle, jeszcze przed ich powrotem. Wstałem, i wiedziony niezachwianym, choć nieuzasadnionym przekonaniem, że od dzisiaj wreszcie umiem już czytać, poszedłem prosto do kuchni i rozsiadłem się na środku podłogi z dobrze znanym mi już podręcznikiem języka polskiego dla klasy drugiej, do której uczęszczał wówczas mój starszy brat. Znalazłem w tym opasłym żółtym tomiszczu opowieść o Tomciu Paluchu i po prostu głośno ją sobie odczytałem. Rodzice, po powrocie z kościoła i wysłuchaniu historii Tomcia Palucha, nie wyglądali na specjalnie zadziwionych. Zdaje się, że mama uważała, że to zasługa taty, a tata, że mamy, przeszli więc nad tym do porządku dziennego, zadowoleni, że mają z głowy moje nieustanne nagabywanie ich o głośne czytanie. Ja sam jednak do dzisiaj nie jestem pewien, jak to naprawdę było z tą moją nauką czytania. Czy naprawdę wszystko odbyło się właśnie tak, jak to zapamiętałem, czy może to raczej moja pamięć spłatała mi figla, skwapliwie usuwając z rejestru cały znój nauki, a kodując jedynie triumfalny i spektakularny efekt? Być może bardziej prawdopodobne jest to drugie rozwiązanie i to za nim opowiedziałaby się zapewne psychologia, miło jest jednak myśleć, że w tym, co się wydarzyło pamiętnej dla mnie niedzieli tkwił okruch magii. Zresztą, może prawda leży gdzieś pośrodku i tym, co okazało się decydujące w całym procesie nauki, było moje magiczne skupienie na celu i niezachwiane przekonanie, że potrafię go osiągnąć, bez względu ma jakiekolwiek ograniczenia…?

Inne rozterki znajdziesz tutaj:

Rozterka pierwsza, czyli skąd wzięła się we mnie potrzeba bycia kimś – Kliknij

Rozterka druga, czyli pisarzem być, to jest coś – Kliknij

Rozterka czwarta, czyli poezja nie wystarczy – Kliknij

Rozterka piąta, czyli inicjacje biblioteczne – Kliknij

Rozterka szósta, czyli wyprawa po złote runo – Kliknij


Działania

Information

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: