Kapłanka albo wiem, że nic nie wiem

18 01 2007

Monika odłożyła słuchawkę i zamyśliła się. To ciekawe, jak jednemu zdarzeniu można nadać zupełnie różne interpretacje. Kłania się poczciwy pan Albert ze swoją teorią. Wszystko jest względne. W rezultacie nic nie jest oczywiste, bo ile osób, Judith Golden's Tarot Deck tyle możliwych interpretacji każdego wydarzenia. Czy w takim razie można ufać swoim wrażeniom i przekonaniom? Przecież one też się zmieniają, choćby pod wpływem upływającego czasu i gromadzonych doświadczeń. Może dobrym wyjściem byłby brak jednoznacznego i autorytarnego oceniania swoich odczuć i przeświadczeń? Przekonanie o własnej nieomylności jest w końcu takie aroganckie. W każdym razie, na pewno lepiej nie przywiązywać się do tego, co nam się wydaje, że wiemy. Wtedy łatwiej będzie dostrzec swój ewentualny błąd w rozumieniu, czy postrzeganiu czegoś lub kogoś. No tak, wiem, że nic nie wiem, oto uniwersalne rozwiązanie problemu niepewności wynikającej ze względności wszystkiego. Jednym słowem, więcej pokory, drodzy państwo. Przyjmijcie do wiadomości, że możecie się mylić i w razie czego nie bójcie się do tego przyznać. W przeciwnym razie, opierając się i upierając, można zabrnąć w ślepy…

 

Dzwonek u drzwi przerwał jej rozważania. Monika otrząsnęła się z poczucia wzniosłej mądrości, które zdradziecko, a niepostrzeżenie zaczęło się w niej zalęgać i poszła otworzyć.

 

W drzwiach stała jej siostra, Anka. Jak zwykle, zamiast powitania, przez kilka sekund wpatrywała się w Monikę tym swoim przenikliwym wzrokiem, tak charakterystycznym dla osób o zdolnościach mediumiczno-empatycznych lub, niestety częściej, o zachwianej równowadze psychicznej. Nauczona doświadczeniem, Monika również bez słowa, wpuściła ją do środka i zamknęła drzwi.

 

– Co ty dzisiaj… taka udu-cho-wiona? – Anka, jak zwykle, mówiła powoli, z pewnym trudem artykułując niektóre słowa. – Zaczęłaś… medy-to-wać, czy co?

 

– Nie – odparła Monika po prostu, nie wdając się w żadne wyjaśnienia. Anka i tak nigdy nie słuchała. – Zrobię kawy.

 

W kuchni nastawiła ekspres i wyjęła dwie filiżanki. Przez ułamek sekundy zastanowiła się, czy zaczekać, aż kawa będzie gotowa, czy pójść na te kilka minut do salonu. Z lekkim poczuciem winy, postanowiła jednak zaczekać. W towarzystwie Anki czuła się dziwnie nieswojo. Jej siostra zawsze była dziwna, inna niż wszyscy i trochę niesamowita z tą swoją intuicją. Zdawała się wiedzieć o innych więcej, niż oni sami wiedzieli o sobie. Kiedyś miała też dar słuchania i dostrzegania wyjścia z najbardziej nawet beznadziejnej sytuacji. Mimo to, Monika zawsze podejrzewała, że Anka nie zdaje sobie do końca sprawy ze swoich umiejętności, że korzysta z nich mimochodem i tak jakoś nieuważnie, jakby nie były niczym szczególnym, jakby wszyscy je posiadali. W naturalny sposób była taka… kojąca. Przynajmniej kiedyś. Zanim życie zafundowało jej te wszystkie problemy.

 

Ekspres zrobił swoje. Monika napełniła filiżanki parującą kawą i zaniosła je do salonu. Nie próbowała nawiązywać rozmowy, tylko kątem oka obserwowała siostrę. Ciągle taka nieobecna. Albo raczej coraz bardziej, przynajmniej od czterech lat. Odkąd zaczęły się jej kłopoty. Na początku rozsądnie starała się jakoś sobie z nimi radzić, później, kiedy ją przytłaczały, zaczęła stawiać pasjanse. Najpierw traktowała je jako zabawę, rodzaj oderwania się od szarości życia, później zaczęła chyba dostrzegać w kartach coś więcej, bo zaczęła sobie z nich wróżyć. Było to jednak nieszkodliwe, dopóki nie dostała istnego bzika na punkcie wróżek. Obsesyjnie biegała od jednej do drugiej, zdarzało się, że dwa, trzy razy w tygodniu, wykańczając się finansowo i psychicznie. Na początku próbowała jeszcze opowiadać Monice o różnych rewelacjach, których wysłuchiwała od jakichś Kleopatr, Esmerald czy innych Pytii. Włos się jeży na głowie, co te kobiety potrafią komuś nagadać, kompletnie nie zdając sobie sprawy z konsekwencji ich totalnego braku odpowiedzialności. Ciekawe skąd się bierze to ich czarnowidztwo? Mierzą innych własną miarką, nic innego, a o względności żadna z nich nie słyszała. Zamiast coś doradzić, to straszą i jeszcze jak słono sobie za to liczą!

 

Wszystkie te wiedźmy nie są warte złamanego grosza, podsumowała Monika z niechęcią, bezwiednie zaprzeczając tym samym swoim wcześniejszym przemyśleniom o względności. A psycholodzy wcale nie lepsi, dołożyła w myślach. Kiedy już jakoś namówiła siostrę na terapię, jej jedynym efektem było to, że Anka zaczęła po prostu ukrywać swoje wizyty u kolejnych wróżek. I tak cud, że wytrzymała rok nieustannego testowania i diagnozowania jej stanu wszelkimi dostępnymi testami, z Wechslerem włącznie. W końcu jej stan tak się pogorszył, że sama zgłosiła się do psychiatry, ale tu z kolei, zamiast rady i wsparcia, dostała kilka recept. Wróciła więc do tych swoich wróżek i jakichś dziwacznych praktyk, o których czytała w różnych książkach i artykułach wątpliwej wartości, a jej stan pogarszał się coraz bardziej, stopniowo wykraczając poza sferę psychiki i objawiając się w jej cele i zachowaniu. Życie w ciągłym napięciu zaowocowało pojawieniem się licznych nerwowych tików, ograniczeniem elastyczności mięśni, i trudnościami w mówieniu.

 

– Idę… do Kingi i Andrzeja – odezwała się znienacka Anka, przerywając milczenie. -Wie-czorem. Na… Andrzejki.

 

– Kto jeszcze będzie? – spytała Monika, choć było jej wszystko jedno, bo i tak nie znała znajomych Anki.

 

– Przecież… ich nie znasz…

 

Cholera, czasem mam wrażenie, że czytasz w myślach.

 

– Niektórych znam chyba ze słyszenia… – Jak zwykle podczas rozmów z Anką, Monika czuła mętlik w głowie. Podobnie zresztą, jak po wizytach w mieszkaniu siostry, w którym jeden pokój wypełniony był do granic wytrzymałości wszelkiego rodzaju gratami i szpargałami, w większości niepotrzebnymi, a drugi stał pusty i nieużywany. Kiedyś Monika próbowała namawiać Ankę na uporządkowanie obu pomieszczeń, ale szybko zrezygnowała, natrafiwszy na niezrozumiały opór i niechęć do wszelkich zmian. Jedynym, choć niezamierzonym efektem jej starań było to, że Anka przestała zapraszać ją do siebie. Próby odwiedzania jej znienacka również kończyły się fiaskiem. Monika podejrzewała, że Anka udawała wtedy, że nie ma jej w domu i nie odpowiadała na dzwonek czy pukanie. Taka jej reakcja nie różniła się niczym od tego, co zrobiła po kilku wizytach u psychoterapeuty: wtedy też zamknęła się w sobie i przestała zwierzać się komukolwiek.

 

– Będzie… Iza i Marcin, Alicja, Jus-ty-na, Rafał i Mi-chał.

 

– Aha – skwitowała listę gości Monika. – Będziecie lać wosk, czy coś takiego?

 

– No oczywiś-cie – Anka z trudem przechyliła głowę, przyglądając się badawczo i dość natarczywie siostrze, jakby w jej wyrazie twarzy szukała ukrytej niechęci lub nie wyrażonego protestu. – Po to są… przecież An-drzejki, nie…?

 

* * *

 

Boże, co za czepialska z tej Moniki! Niby siostra, a w ogóle nie potrafi jej, Anki, zrozumieć, ani wyobrazić sobie, że można oczekiwać od życia czegoś więcej… czegoś bardziej… czegoś… no, innego! Kiedyś nie była taka ograniczona. Ale teraz nie widzi nic poza końcem własnego nosa. Co ją to obchodzi, że będą sobie wróżyli? W końcu lepiej wiedzieć, co cię może spotkać, nie? Zwłaszcza jeśli nie czeka cię nic dobrego. Przynajmniej nie dasz się zaskoczyć jakiejś wrednej, zazdrosnej krowie, czy tej bandzie idiotów, którym się wydaje, że mogą zrobić z ciebie wariatkę. Psycholodzy, psychiatrzy, lekarze, pożal się Boże! Skąd oni się w ogóle biorą? Nie mają pojęcia o czym gadają, ale każdy wymądrza się, jakby pozjadał wszystkie rozumy. Do diabła z nimi, niech się sami leczą! Zdaje się, że większość z nich tego potrzebuje. A te ich gadki są do niczego. Czy im się wydaje, że to tak przyjemnie mieć te wszystkie tiki i problemy z mówieniem? Że gdyby mogła, gdyby choć trochę zależało to od niej, to już dawno by się ich pozbyła? Zamiast coś zrobić, bez przerwy ględzą o jakiejś odpowiedzialności i wzięciu się w garść. Dobre sobie! Uważają cię za jakieś kompletne dno, które nie wie, kim jest i co się dzieje wokół, tylko dlatego, że nie potrafisz płynnie mówić!

 

„Powinni wiedzieć, że myślę bardzo płynnie!” Z mściwą satysfakcją, Anka przekręciła klucz w drzwiach swego mieszkania i weszła do środka. Nieuważnie rzuciła gdzieś płaszcz i, odsunąwszy na bok stertę starych gazet, usiadła na poplamionej poduszce przed telewizorem. Do imprezy zostało jeszcze kilka godzin. Ekran migał monotonnie i otępiająco niestrawną papką sensacji, polityki i spowszedniałej tragedii. Niestety, nie był w stanie zapełnić pustki i ciszy. Choć minęło już tyle czasu, to mieszkanie nadal wydawało się zbyt obce, by znowu uznać je za dom. Samotność tylko wtedy nie jest straszna, kiedy nie znasz smaku bycia z kimś, życia dla kogoś, kto jest całym twoim światem. Raj i piekło wcale nie różnią się od siebie aż tak bardzo. Można żyć w raju i nie zauważać tego, nie doceniać. Ale wystarczy, że zostanie ci odebrane to, co kochasz, a raj staje się piekłem. I wtedy jest już za późno. Nic nie można zrobić. Można tylko liczyć na jakiś cud. Tyle, że cudów nie ma, każdy o tym wie. Nikt nie jest w stanie ci pomóc, dać nadziei. Nawet karty przestały się układać. Każda wróżka mówi to samo – że jest źle i będzie jeszcze gorzej.

 

„Gdybym tylko mogła coś zrobić,” myślała Anka, niewidzącym spojrzeniem wpatrując się w ekran telewizora. „Gdyby cały ten cholerny świat i wredni ludzie dookoła nie uwzięli się na mnie. Dlaczego mnie to spotyka? Co takiego zrobiłam? Czy już nigdy nie będę mogła żyć w spokoju, jak inni?”

 

Przez ekran telewizora przepłynęła fala powodziowa, odbierając dziesiątkom ludzi iluzję bezpieczeństwa.

 

„Czy normalny dom i rodzina, to zbyt wiele? Dlaczego musiałam je stracić? Nie zasługiwałam na nie? Żyłam dla mojej malutkiej ślicznej Martusi, czy nie dość mocno ją kochałam? Ci cholerni prawnicy! Nigdy nie odebrałby mi jej bez ich pomocy! Ale dla sądu decydujące okazały się jego pieniądze, nie moja miłość. A kiedyś kochałam tego… tego… drania!” Zacisnęła zęby i odwróciła wzrok od telewizora.

 

Relacja z wypadku samochodowego trwała tylko kilkanaście sekund. Zginęła młoda kobieta w ciąży, jej mężowi nic się nie stało. Miał szczęście.

 

„Do tego wszystkiego, jeszcze te problemy ze zdrowiem! Czy to się nigdy nie skończy?” Irytację zastąpiło poczucie bezsilności i beznadziejności. „Czy nikt mi nie pomoże? Przecież zgodziłabym się na wszystko. Na każde lekarstwo, każdą terapię. Byle tylko odzyskać zdrowie i moją Martusię, żeby móc normalnie żyć… Gdyby tylko ktoś coś zrobił, jakiś lekarz, psycholog, wróżka, ktokolwiek!”

 

Nagle, ta ostatnia myśl przypomniała jej o czymś. Przecież umówiła się na dzisiaj na Tarota! Co prawda, nie z prawdziwą wróżką, ale lepsze to, niż nic. Spojrzała na zegarek. Jeszcze zdąży. Poderwała się z miejsca i wybiegła, w przelocie gasząc telewizor i mrucząc do redaktora przeprowadzającego jakiś wywiad: „Trzymaj kciuki…”

 

Ekran mrugnął jej na pożegnanie twarzą kobiety umierającej na raka. Chyba życzył jej powodzenia.

 

* * *

 

Niecierpliwie nacisnęła dzwonek. I jeszcze raz. Umarła tam ta Alicja, czy co? Mogłaby się ruszyć. No, nareszcie.

 

– Cześć Anka, co słychać?

 

Daruj sobie ten szeroki uśmiech. Nie nabiorę się.

 

– Mam na-dzie-ję, że do-wiem się tego od cie-bie, jeśli rze-czywiś-cie umiesz wró-żyć…

 

Proszę, już ci mina zrzedła. Myślałaś pewnie, że coś ode mnie wyciągniesz? Nie jestem taka głupia i nie zamierzam ci niczego ułatwiać.

 

Weszły do niewielkiego, przytulnego pokoiku. Czegoś takiego Anka się nie spodziewała. Biel i szarość ścian jej własnego mieszkania nie miałyby tutaj racji bytu. Feeria intensywnych, czystych barw, w otoczeniu których nagle się znalazła, sprawiła, że na chwilę zapomniała o swoich problemach.

 

– Jak pięknie…! – wykrzyknęła, gwałtownie wciągając powietrze. Pachniało świeżością i czymś jeszcze… może radością życia? I jeszcze ta muzyka – cicha, delikatna, nastrojowa…

 

Alicja uśmiechnęła się serdecznie. Jakie to dziwne, że ludzie tak żywo reagują na jej mieszkanie, tak bardzo im się podoba, ale nie chcą wprowadzać żadnych zmian w swoich domach, choć często opowiadają o nich z taką niechęcią…

 

Anka usiadła przy okrągłym stoliku z wiśniowego drewna, na którym stała przepisowa świeca i talia kart Tarota. Alicja zaproponowała kawę i poszła do kuchni, pozwalając gościowi wchłaniać tę niezwykłą atmosferę. Nie widziała Anki od dobrych kilku lat, w czasie których wiele musiało się w jej życiu wydarzyć, bo zmieniła się wręcz nie do poznania. Alicja pamiętała ją jako uśmiechniętą, rezolutną młodą dziewczynę, pełną energii i siły. Jej telefon z prośbą o Tarota był niespodziewany, ale bardziej zastanawiający, by nie rzec niepokojący, był głos Anki. Ten natarczywy, nie znoszący sprzeciwu ton, jakim domagała się spotkania i w ogóle sposób mówienia, jakby przez zaciśnięte zęby… Ciekawe, po co tak naprawdę przyszła, skoro już w drzwiach zaprezentowała swój upór, niechęć i zawziętość…? A potem ta spontaniczna reakcja na kolorowy pokój. Zdaje się, że jej życie utraciło barwy. Biedna Anka, ciekawe, co się stało…

 

Zwykle kawa wpływała odprężająco na klientów Alicji, wywołując wrażenie spotkania towarzyskiego, dzięki czemu mogli poczuć się swobodniej. Co prawda, Anka daleka była od całkowitej swobody, ale widać było, że nawet dla niej wszystko co zobaczyła, usłyszała i poczuła, kiedy tylko tu weszła, okazało się kojące bardziej niż cokolwiek, z czym zetknęła się przez ostatnie miesiące, a może nawet lata.

 

Alicja zapaliła świecę i wyjęła karty z pudełka.

 

– Czego chciałabyś się dowiedzieć? – zapytała.

 

Anka natychmiast się nastroszyła.

 

– Tego, co mnie cze-ka – odpowiedziała wymijająco. – Wszyst-kie-go – dodała z naciskiem, podejrzliwie świdrując Alicję wzrokiem. – choć-by nie wiem, jak by-ło-by to złe!

 

– A jeśli będzie też coś dobrego? – spytała krótko Alicja.

 

Anka żachnęła się.

 

– Do-brego? – Prawie krzyknęła. – Nic do-brego mnie nie cze-ka. Byłam przed-wczo-raj u praw-dziwej wróż-ki i ona wy-raź-nie mi powie-działa, że nie mam co się o-szu-ki-wać!

 

Alicja patrzyła przez chwilę na zaciśnięte szczęki i wpatrujące się w nią niespokojne oczy i powoli pokiwała głową.

 

– Rozumiem – powiedziała tylko i zaczęła tasować karty.

 

Po chwili, w milczeniu, podsunęła Ance stosik kart.

 

– Le-wą do sie-bie na trzy, tak? – Nawet nie czekając na odpowiedź, wprawnym ruchem stałej bywalczyni salonów wróżb, przełożyła karty.

 

– Wszystko jedno – powiedziała Alicja, z lekkim rozbawieniem obserwując pełne potępienia spojrzenie Anki. No tak, pewnie wszystkie szanujące się wróżki każą robić to w ten sposób. Pomyślała, że szargając ten rytuał, już na wstępie straciła w oczach Anki wiarygodność. No cóż, trudno.

 

Rozłożyła karty w Krzyż Celtycki.

 

– No i co widzisz? – Niecierpliwe pytanie zawisło w powietrzu natychmiast po wyłożeniu ostatniej karty.

 

Boże drogi, czy te wszystkie szanujące się wróżki wpadają w natychmiastowy trans, czy co? Nie można się przyjrzeć kartom, ani zastanowić?!

 

– Muszę przez chwilę pomyśleć.

 

– Po-myś-leć…? – Mina Anki niezbicie świadczyła o pogłębiającej się dezaprobacie wobec dziwacznych metod Alicji. Wróżka ma wróżyć, a nie myśleć.

 

– W twoim życiu wiele się zmieniło – powiedziała Alicja powoli. – Twój świat legł w gruzach… związek, rodzina, zdrowie… dotknęło cię pasmo nieszczęść… jakby świat uwziął się na ciebie…

 

Anka kiwała głową, aprobująco mrucząc coś pod nosem.

 

Zdaje się, że moje akcje wzrastają, pomyślała Alicja. Szkoda, że na krótko.

 

– Ale tak naprawdę runęły tylko twoje iluzje, opadła zasłona dymna, za którą się dotąd ukrywałaś, bo tak było wygodnie…

 

– Co ta-kiego? – Anka przestała kiwać głową. – Ja-ka zno-wu zasło-na?

 

– Ta karta opisuje otaczającą cię atmosferę – powiedziała Alicja, wskazując kartę położoną w centrum układu. – Powiedz, co na niej widzisz?

 

Anka rzuciła nieufne i niezbyt uważne spojrzenie na wskazaną kartę.

 

– Słoń-ce – powiedziała niechętnie. Też coś! Zaraz się okaże, że sama ma sobie wróżyć! Spojrzała jeszcze raz i lekko zmrużyła oczy. – Za-raz – powiedziała. – To nie jest Słoń-ce. To chy-ba Księ-życ. Nie wi-dać do-kład-nie, bo po-łoży-łaś jed-ną kartę na dru-giej…

 

– Tak, to jest Księżyc, masz rację – Alicja zignorowała kolejny przytyk, wymierzony przeciwko jej kompetencjom wróżki. – I masz rację, że wygląda jak Słońce, zresztą nic dziwnego, skoro odbija jego światło, prawda? Światło Księżyca to tylko iluzja ciepła, bezpieczeństwa, udanego życia… Nie jest prawdziwe, bo pochodzi z zewnątrz. Światło Słońca jest prawdziwe, bo pochodzi z jego wnętrza. Na tym polega różnica.

 

Lekceważące wzruszenie ramionami.

 

– Ale co to ma wspól-ne-go ze mną?

 

– Może tak właśnie było w twoim życiu? – powiedziała Alicja. – Może tak jak zwierzęta na tej karcie byłaś za bardzo wpatrzona w innych, w rodziców, męża, teściów… może nie kierowałaś swoim życiem, może to oni za ciebie decydowali o wszystkim… może czułaś, że nie mieli racji, ale nie potrafiłaś, albo nie chciałaś…

 

– Mo-ja ma-ma miała rację! – przerwała Anka z oburzeniem. – Po-winnam jej słu-chać! Ostrze-ga-ła, że Ma-ciek nie jest mnie wart, ale ja by-łam głu-pia! No i te-raz mam za swo-je! – Coraz wyższy ton jej głosu sygnalizował, że Anka za chwilę zacznie szlochać, albo krzyczeć.

 

– Mogę się mylić… – powiedziała Alicja uspokajająco i pozornie zmieniła temat. – Słyszałaś kiedyś o czymś takim, jak projekcja?

 

– Taka, jak w ki-nie?

 

– Nie, nie. Chodzi o psychologię. Wyjaśnię ci to krótko. Czasem nie chcemy, albo nie umiemy dostrzec w sobie czegoś dobrego, albo złego. Na przykład, mamy w sobie ogromną potrzebę tworzenia czegoś wspaniałego, ale nie wierzymy, że potrafimy to zrobić i wtedy projektujemy tę potrzebę na inną osobę, na przykład na swoje dziecko, to znaczy, uważamy, że właśnie ono jest bardzo twórcze i może zostać artystą. Tak samo jest ze złymi cechami, na przykład z agresją. Jeśli nie wyrażamy swojej agresji, bo wydaje nam się, że nie wolno tego robić, albo udajemy, że wcale jej w nas nie ma, wtedy ktoś inny z naszego otoczenia, na przykład ojciec albo mąż może stać się nieprzyjemny, krzyczeć, czy nawet uderzyć…

 

– Ma-ciek nig-dy nie bił mnie bez po-wo-du! – krzyknęła Anka ze złością. – Co ty mo-żesz o tym wie-dzieć! Le-piej zaj-mij się kar-tami, za-miast się wy-mą-drzać!

 

Alicja milczała przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiała, a potem podjęła tonem wszechwiedzącej wróżki:

 

– Widzę, że się rozstaliście, mówi o tym odwrócona karta Kochanków, i to właśnie zburzyło twój świat. Teraz zaprząta cię myśl o szczęśliwej rodzinie, którą on zniszczył. To odwrócona dziesiątka kielichów, która stoi na twojej drodze. Jesteś nieszczęśliwa i chcesz wrócić do tego, co było, ale to jest już niemożliwe.

 

Alicja z przykrością zauważyła, że Anka słucha z wypiekami na twarzy. Dlaczego tak kurczowo trzyma się przeszłości? Dlaczego nie zacznie wszystkiego od nowa? No tak, odwrócona Siła…

 

– Czujesz się bezsilna, bo nikt nie chce ci pomóc. Wszyscy są przeciwko tobie, obgadują cię i rzucają kłody pod nogi. Mówi o tym odwrócona karta Sprawiedliwości. Rozprawa rozwodowa była niesprawiedliwa, sędzia i prawnicy byli po stronie męża i wszyscy atakowali cię bezlitośnie, jak na tej karcie – wskazała na siódemkę buław. – Musiałaś sama walczyć przeciwko nim wszystkim, ale nie udało się…

 

– Zabra-li mi mo-ją Mar-tusię! – krzyknęła Anka. Drżała na całym ciele. – To mo-ja có-re-czka… Powie-dzie-li mi, że to dla jej do-bra… że tak bę-dzie le-piej… że się nie nada-ję w moim sta-nie… że to tylko na ja-kiś czas… Ale oni nie rozu-mie-ją! Nic a nic! – Błagalnie utkwiła w Alicji swój świdrujący wzrok, pełen rozpaczy i bezsilności. – Po-wiedz, czy mi ją odda-dzą? Tylko to się li-czy, tyl-ko ona!

 

– Tak mi przykro… – powiedziała cicho Alicja ze współczuciem. – To musi być dla ciebie straszne…

 

– Odda-dzą…? Odda-dzą…? Po-wiedz tylko, czy…

 

– Ja… nie wiem… – jeszcze ciszej powiedziała Alicja.

 

Anka nagle się uspokoiła. A może raczej ostygła…? Wyjęła z torebki chusteczkę, wytarła oczy i nos i spojrzała na Alicję – twardo i ironicznie.

 

– No tak – powiedziała tylko. – A czy ty w ogó-le coś wiesz? Co-kol-wiek? Bo jak na ra-zie nic nowe-go mi jeszcze nie po-wie-działaś. Mą-drzysz się, a ja i tak nie wiem, co mnie cze-ka… No…?

 

– Widzę coś, – odparła krótko Alicja, pomijając milczeniem okrucieństwo zawarte w tym, co usłyszała, – ale to ci się nie spodoba…

 

– Wie-działam! – Wykrzyknęła Anka. Triumfalny ton jej głosu i cała postawa krzyczały jeszcze głośniej. – Ga-daj wre-szcie! Prze-stań owi-jać w baweł-nę! To zno-wu ja-kieś pro-blemy, tak? Co mi się jesz-cze zawali, no? No?

 

Alicja westchnęła. Przez umysł przemknęła jej wizja skały wtoczonej na szczyt góry. Trudno, pomyślała, zdaje się, że to będzie ostatnie podejście…

 

– Nie widzę tu żadnych problemów – zaczęła. – Wręcz przeciwnie, o ile…

 

– Co? – Zaskoczenie w oczach Anki było bardzo wyraźne. Tak jak i niedowierzanie. – To niby co mia-ło-by mi się nie spo-do-bać?

 

No właśnie. Bardzo dobre pytanie. Ale czy warto na nie odpowiadać?

 

– To ty w niedalekiej przyszłości – powiedziała szanująca się wróżka Alicja, wskazując odwróconą kartę Królowej Kielichów. – Masz w sobie wiele ciepła, intuicję i siłę, których brak teraz odczuwasz. Masz w sobie całe morze uczuć i ocean matczynej miłości, masz wszystko to, o czym wiele kobiet tylko marzy. Ale nie wyrażasz ich, boisz się, wolisz zostawić wszystko tak jak jest…

 

– Nieprawda! Ja wcale…

 

Ale tym razem, spokojny, monotonny głos Alicji popłynął nieprzerwanie. Chaos, niechęć i sprzeciw Anki nie miały szans.

 

– …wpatrując się w swój kielich cierpienia, jak Królowa na karcie. Wkrótce przed tobą pojawi się możliwość zmian, a ich początkiem będzie Rycerz Denarów, ale tylko od ciebie będzie zależało, czy zauważysz tę szansę i czy właściwie ją wykorzystasz. Będziesz musiała podjąć decyzję, żeby wyrwać się z tego błędnego koła, w którym się znalazłaś i dopóki tego nie zrobisz, nic się nie zmieni. – Alicja przerwała, dla zaczerpnięcia oddechu.

 

Anka milczała. Wydawała się taka osowiała, jakby… nieobecna?

 

– Anka…?

 

Nieprzytomny, zdziwiony, pytający wzrok.

 

– Tak? Mówi-łaś coś…? Za-myśli-łam się… Która go-dzi-na? Muszę już le-cieć. Zoba-czy-my się na Andrzej-kach. Cześć. – I tyle ją widzieli.

 

Alicja zamknęła za nią drzwi i westchnęła. Oczywiście, nikomu nie można pomóc wbrew jego woli, ale czy ta świadomość jest w stanie umniejszyć smutek bezsilności? Karty pokazały, że życie Anki może się wkrótce całkowicie odmienić, ale czy ona na to pozwoli? Wróciła do pokoju i powoli zaczęła zbierać karty ze stołu: Księżyc, Słońce, Dziesiątkę Kielichów, Kochanków, Siłę, Wieżę, Sprawiedliwość, Siódemkę Buław, Rycerza Denarów, Królową Kielichów i tę ostatnią – Giermka Mieczy, w którym drzemią tysiące możliwości, ma je w zasięgu ręki, ale za bardzo boi się po nie sięgnąć…

 

„Nie zdążyłam jej powiedzieć, że powinna się przemóc, zrobić to dla córki,” pomyślała Alicja, chowając karty do pudełka. „Ale czy to zmieniłoby cokolwiek? I tak znalazłaby jakiś sposób, żeby tego do siebie nie dopuścić, tak jak najpierw krzyczała, żeby nie słyszeć, a potem zacięła się w ciszy, żeby nie słuchać. Pewnie jeszcze nie nadszedł jej czas, jeszcze musi się pomęczyć, żeby zrozumieć coś o życiu, o innych, a przede wszystkim – o sobie…”

 

Podeszła do telefonu i wystukała numer.

 

– Kinga? Cześć, wiesz, przepraszam was bardzo, ale nie mogę przyjść na imprezę… Nie, nie jestem chora, ale niezbyt dobrze się czuję. Przeproś wszystkich w moim imieniu. Dziękuję i jeszcze raz przepraszam za kłopot. Cześć.

 

* * *

 

Część artystyczna imprezy Andrzejkowej przebiegła w atmosferze szampańskiej zabawy, bez większych zakłóceń, jeśli nie liczyć oburzenia Anki, która uparcie i bezskutecznie domagała się, by reszta niefrasobliwego towarzystwa potraktowała poważnie przepowiednie z lanego wosku, butów, czy obrączki. Po wróżbach powrócono do części towarzyskiej. Rozmowy o mniej lub bardziej ważnych i poważnych sprawach, co chwila ktoś przeplatał dowcipem, gospodarze częstowali dobrym winem, od czasu do czasu ktoś zmieniał CD, wywołując protesty jednej części gości i aprobatę drugiej – słowem, impreza była przyjemnie i relaksująco przeciętna.

 

Dopóki ktoś nie zapytał o Alicję. Kinga otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Anka ją ubiegła.

 

– Nie przy-szła, bo wie-dzia-ła, że ja tu bę-dę… – oznajmiła z satysfakcją.

 

Osiągnęła zamierzony efekt. Wreszcie wszyscy zwrócili na nią uwagę.

 

– No i co z tego? – poinformowała się bezceremonialnie, jak zwykle, Justyna.

 

– No… bo się prze-de mną ośmie-szyła, dzisiaj, jak byłam u niej na Ta-rocie.

 

– Ośmieszyła? – zdziwiła się Justyna. – To znaczy, co takiego zrobiła?

 

– Bo ona wca-le, ale to wca-le nie umie wróżyć!

 

Tym razem efekt nie był zbyt satysfakcjonujący. Właściwie nie było żadnego.

 

– Opo-wia-dała mi jakieś głu-poty! – Krzyknęła Anka, nagle tracąc resztki panowania nad sobą. – Jak wszy-scy! Każdy się tyl-ko mądrzy i mą-drzy! Weź się w garść, bądź odpo-wie-dzialna, wszystko zale-ży od cie-bie – przedrzeźniała mściwie. – A ni-by co, że jak nie mo-gę mó-wić, to nie wiem, co się wokół mnie dzie-je? Że jestem śle-pa, głucha i głu-pia? Dosko-nale wszy-stko wi-dzę, sły-szę i ro-zumiem! Więcej niż wam się wszys-tkim zdaje! Wszy-scy jesteście tacy sa-mi, obłu-dni i wredni!

 

Sparaliżowani wybuchem, milczeli. Czy w takiej sytuacji można coś powiedzieć?

 

– Anka… – Kinga przemogła zaskoczenie, bo gospodyni powinna jakoś…

 

– Co? Nie podo-ba ci się moje zacho-wanie? – świdrujące spojrzenie błyskawicznie spoczęło na niedoszłej mediatorce. – Też wo-lisz ich udawa-nie, co? Kogo ty chcesz oszu-kać, myślisz, że nie wiem, że uwa-żasz się za ko-goś lepsze-go ode mnie? A ty, co sie-dzisz bez przer-wy taka smę-tna – rzuciła znienacka w stronę zawsze milczącej Izy. – Mowę ci ode-brało, boisz się cze-goś, czy co? A ty – zaatakowała kolejną ofiarę – zno-wu sie-dzisz, jakby cię tu wca-le nie było. Po co przy-szedłeś, jak się z nimi nu-dzisz…

 

– Anka, wystarczy, dość tego! – Andrzej zareagował później niż jego żona, ale za to bardziej stanowczo. – Myślę, że powinnaś już pójść. Chodź, odprowadzę cię.

 

Coś w jego tonie kazało Ance umilknąć. Bez słowa wstała i podeszła do drzwi. Położyła rękę na klamce i odwróciła się.

 

– Nie mu-sisz mnie odpro-wadzać – powiedziała. – I tak wiem, że mnie nie lu-bisz. Kinga mi po-wie-dzia-ła. Baw-cie się do-brze – rzuciła ostatnią zatrutą strzałę w stronę salonu. – obga-dując i wyśmie-wając mnie teraz za ple-cami!

 

Wyszła i głośno zatrzasnęła za sobą drzwi. Niech mają. Należało im się. Za to, co o niej myślą.

 


Działania

Information

6 responses

28 04 2009
ewa may

I chciałoby się zapytać „co było dalej”? A to taka metoda nauczycielska w opowiadanie z „życia” włożyć treści wychowawcze?🙂

Lubię

28 04 2009
Ryszard Oślizło

Czy ja wiem…? Raczej autor coś tam miał na myśli i zamiast wykładać tak kawę na ławę, wypowiedział się tak🙂
Ale tak w ogóle, to bardzo lubię takie podsumowania jak w Rozterkach – ze „smrodkiem dydaktycznym” (jak trafnie nazwała je pewna znajoma), albo takie jak np. w „Desperate Housewives”😀
A tak przy okazji, to „Kapłanka” jest znacznie bliższa życiu niż „Mag”, bo wiele osób i zdarzeń tu opisanych ma swe pierwowzory w rzeczywistości😀
Kiedyś napisałem jeszcze kawałek XV karty „Diabła”, w formie (i na podstawie) rozmowy telefonicznej, ale nie dokończyłem i gdzieś mi to zginęło😦

Lubię

28 04 2009
ewa may

O gospodyniach domowych zdesperowanych nic nie wiem:)
To szkoda, że zaginęło… choć na pewno ten kawałek nie był tak satyryczny jak rozmowa telefoniczna w wykonaniu M. Stuhra🙂 a może…?

Lubię

28 04 2009
Ryszard Oślizło

O, w ogóle nie był satyryczny, raczej bliższy „Egzorcyście” niż „Misiowi”…😀

Lubię

28 04 2009
ewa may

To może raczej dobrze, że zaginął… spać po nim nie można by było, dobranoc🙂

Lubię

28 04 2009
Ryszard Oślizło

Toteż sam spać nie mogłem po rozmowie z tamtą panią…
Za to teraz idę spać – po bardzo miłej rozmowie😀
Dobranoc🙂

Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: