Głupiec albo otwarcie zmysłów

27 12 2006

Pewnego popołudnia przy stoliku na tarasie pewnego hotelu siedziała kobieta w średnim wieku, pogrążona w rozmowie z przyjaciółką. W pobliżu kobiet krążyła dziesięcioletnia dziewczynka. Od pewnego czasu próbowała bezskutecznie zwrócić na siebie ich uwagę, kopiąc kamiennego aniołka przy fontannie albo robiąc różne wygibasy i za każdym razem krzycząc, ile sił w płucach: „Mamo, spójrz na mnie!”, „Zobacz, jego to nie boli, on nie płacze!”, „Mamo, patrz, umiem sięgnąć brodą do kolan!”

Anna Mills Raimondi’s The Fool
W końcu jednak dała za wygraną i podeszła do matki. Z nadąsaną miną szarpnęła ją za sukienkę.

– Nuuudzę się…! – powiedziała przeciągłym tonem.

– No to pobaw się, skarbie – odparła jej matka nieuważnie. – I nie przeszkadzaj nam. Widzisz, że rozmawiam z panią Ewą.

Skarb przewrócił oczami.

– Ale ja się nuuudzę! – powtórzył, dodając przymilnie i przebiegle: – Pobaw się ze mną!

– Jestem zajęta – powiedziała matka niewzruszona. – Później się pobawimy, kochanie.

Kochanie wiedziało jednak swoje.

– Wczoraj też tak mówiłaś – mruknęło pod nosem. – A potem włączyłaś telewizor i kazałaś mi iść spać…

Jej matka zaśmiała się, choć nie wyglądała na rozbawioną.

– Idź i pobaw się w ogrodzie – rzuciła pospiesznie, niespokojnie zerkając na przyjaciółkę.

– Ale ogród jest taki nuuuudny! – zawołała dziewczynka i niemal z rozpaczą spojrzała na towarzyszkę matki, szukając u niej zrozumienia.

– Nudny? – zdziwiła się pani Ewa. – Jak to? Co w nim nudnego?

– Nic się tam nie dzieje. Byłam w nim milion razy i zawsze wyglądał tak samo. Ile razy mam patrzeć na to samo?

– A co widziałaś?

– No, wszystko. Kwiaty, drzewa i ławki. I ludzi w alejkach.

– A jakie kwiaty widziałaś?

Dziewczynka zmarszczyła brwi.

– Jak to jakie? – spytała podejrzliwie. – Nie wiem, jak się nazywają.

– Nie pytam o ich nazwy. – odparła kobieta. – Jeszcze nie byłam w tym ogrodzie i po prostu chciałabym wiedzieć, jak wyglądają. Jakie mają kolory, jakie płatki i jakie liście? Czy są wysokie, czy rosną przy ziemi?

– Nie wiem… – powiedziała powoli dziewczynka. W jej głosie zabrzmiało zdziwienie. – Nie przyglądałam im się…

– Więc może idź teraz – wtrąciła się szybko matka. – I opowiesz nam o nich, jak wrócisz.

– Dobrze! – zawołało energicznie dziecko i popędziło w stronę ogrodu.

Wróciło po dziesięciu minutach.

– Na środku rośnie trawa, trochę wyschnięta, ale jeszcze jest zielona – zawiadomiła z wielkim przejęciem. Wzięła głęboki wdech i wyrzuciła z siebie z szybkością karabinu maszynowego: – Po prawej stronie, pod drzewami, są ławeczki i siedzą na nich ludzie. Ale po lewej stronie jest ładniej, bo tam jest pełno krzewów i mają różne kształty i jeszcze kwiaty rosną w ziemi, a niektóre w doniczkach. Bardzo kolorowe, całe czerwone i żółte, i niebieskie, i fioletowe, i różowe, i pomarańczowe. No, ale łodygi to wszystkie mają zielone. Albo brązowe. A liście to różnie. A najlepsze jest na końcu. Tam jest fantastyczna sadzawka i pływają w niej czerwone i srebrne rybki. A na brzegu siedzi kot i bez przerwy się oblizuje…!

– Fantastycznie! – powiedziała pani Ewa. – Później też pójdziemy obejrzeć tę sadzawkę, rybki i kwiaty. A co słyszałaś?

Podskakująca z emocji dziewczynka nagle znieruchomiała.

– Jak to, co słyszałam? Nic. Cisza. Czasem ludzie rozmawiali, ale cichutko. Nie podsłuchiwałam.

– To dobrze, bo to nieładnie kogoś podsłuchiwać. Ale na pewno nie słyszałaś niczego innego? Ptaków? Brzęczenia owadów? Plusków rybek w wodzie? Szelestu liści?

– Nie… – w głosie dziewczynki zabrzmiało szczere zdziwienie.

– Dlaczego?

– Jakoś nie zwróciłam uwagi, bo tak patrzyłam i patrzyłam i chyba wcale nie słuchałam…

– No to idź i teraz posłuchaj – wtrąciła szybko jej matka.

Dziewczynka bez słowa obróciła się na pięcie w stronę ogrodu. Zanim znikła w ogrodzie, zza pleców dobiegła ją jeszcze rada pani Ewy:

– Zamknij oczy, wtedy usłyszysz więcej!

Mała badaczka pędem pognała w kierunku jednej z ławek, usiadła i czujnie rozejrzała się wokół: zielona trawa, kolorowe kwiaty, malownicze ścieżki… Wszystko to bardzo ładne, ale przecież zupełnie ciche… Nie słychać niczego szczególnego. A, prawda, miała zamknąć oczy, ciekawe po co…? Sprawdźmy.

Co to za chrzęst? Otworzyła oczy. Ktoś szedł ścieżką w jej kierunku, a żwirek chrzęścił mu pod nogami, szur, szur, szur… Że też wcześniej tego nie słyszała. Ciekawe, co jeszcze przegapiły jej uszy? Czym prędzej znowu zamknęła oczy.

Gdzieś z oddali dobiegł ją czyjś śmiech. Chyba są tu jakieś dzieci, ucieszyła się, ale postanowiła na razie nie otwierać oczu. Coś brzęczy i bzyczy nad głową, chyba nie jakaś osa? Odleciało. I znowu żwirkowe szur, szur…, ale teraz jakieś inne, trochę nierówne: szur-szuuur, szur-szuuur, szur-szuuur. Tym razem otworzyła oczy. No tak, ten pan utyka, dlatego żwirek chrzęści inaczej.

Niesamowite, pomyślała ze zdumieniem, dlaczego nie słyszała tego wszystkiego wcześniej? Oczy jej przeszkadzały, czy co?

W koronie drzewa rosnącego za ławką rozległ się śpiew jakiegoś ptaka, więc spojrzała w górę, szukając go wzrokiem. Jest! Ładnie śpiewa, a z jakim zapałem! Zaraz, zaraz, zastanowiła się, to chyba nie wina oczu, bo teraz mam je otwarte, a wszystko słyszę tak wyraźnie. Ktoś cichutko skrada się ścieżką… Odwróciła głowę w stronę delikatnego dźwięku. Kot. Podszedł bliżej i po krótkim namyśle wskoczył na ławkę. Ciekawe, czy pozwoli się pogłaskać. Z kotami to nigdy nie wiadomo.

Pozwolił. Jakie ma lśniące futerko! A jakie miękkie i gładkie! Chyba mu się spodobało to głaskanie, bo coraz głośniej mruczy…

Nagle zelektryzowała ją nowa myśl. A gdyby tak nie tylko zamknąć oczy, ale jeszcze i zatkać uszy? Ciekawe, co wtedy?

Kot zniecierpliwiony przerwą w głaskaniu, zeskoczył z ławki i powędrował dalej. Dziewczynka zamknęła oczy i przycisnęła dłonie do uszu. Nic. Tylko szum w uszach. Poczuła się trochę rozczarowana. No, trudno, pomyślała i głęboko westchnęła. A co to? Coś tu nieładnie pachnie. Lepiej pójść gdzieś indziej. Otworzyła oczy, wstała z ławki, zrobiła kilka kroków i nagle się zatrzymała. Zaraz, zaraz. A właściwie, dlaczego wcześniej ten zapach mi nie przeszkadzał, zastanowiła się. No jasne! Po prostu włączył się jej nos, tak jak przedtem oczy i uszy! Więc jednak zasłonięcie oczu i uszu coś dało. Szkoda, że nie mam trzeciej ręki, żeby teraz zatkać jeszcze nos, pomyślała z żalem. Ciekawe, co by się wtedy okazało?

Ruszyła powoli w stronę wyjścia z ogrodu, kręcąc głową i chciwie węsząc prawie jak pies myśliwski. Aha, zdaje się, że na obiad będą ryby, ucieszyła się, przechodząc pod oknem kuchni. Najwidoczniej kot też był z tego powodu zadowolony, bo siedział na parapecie i oblizywał się, zaglądając do wnętrza kuchni.

Znalazła matkę i jej przyjaciółkę w tym samym miejscu, w którym je zostawiła.

– Na obiad będzie ryba, mam nadzieję, że kot też trochę dostanie – poinformowała pogrążone w rozmowie kobiety i dodała entuzjastycznie: – Odkryłam mnóstwo rzeczy! Zaraz wam wszystko opowiem!

Nie czekając na przyzwolenie, zdała dokładną relację ze swoich odkryć. Jej matka nie wyglądała na specjalnie zainteresowaną, ale nie przerywała jej, wychodząc z założenia, że w ten sposób szybciej będzie mogła wrócić do rozmowy. Uznała, że dziecko i tak jest dzisiaj zadziwiająco grzeczne. Jej przyjaciółka wyjęła z torby jabłko.

– Do obiadu jeszcze jest trochę czasu – powiedziała, wręczając owoc dziewczynce. – Masz tu coś do schrupania.

– Ona nie lubi jabłek – mruknęła matka. – Szkoda fatygi.

– Jakie duże i czerwone! – zachwyciła się jej córka, która nie lubiła jabłek. – Skórkę ma tak gładką i przyjemną w dotyku, jak kocie futerko… – mruczała z zadowoleniem. Zamknęła oczy i powąchała owoc. – A pachnie tak, że aż szkoda je zjeść!

I natychmiast zatopiła zęby w jabłku, które podziękowało jej za komplementy głośnym chrup, chrup.

– Fofyfte, fłodkie, pfepyfne! – wymamrotała błogo. – Fiękuje pani.

– Nie mów z pełnymi ustami – automatycznie zwróciła jej uwagę matka. – To nieładnie i niegrzecznie.

– Pfepfafam.

– Nie szkodzi – uśmiechnęła się pani Ewa.

Dziewczynka przełknęła resztę jabłka.

– Dlaczego kiedyś ich nie lubiłam? – Zastanowiła się. – Dziwne. A może to było jakieś magiczne jabłko?

– Zupełnie zwykłe. Twoja mama kupiła wczoraj takie same.

– A ty nie chciałaś ich nawet spróbować – wtrąciła matka karcąco.

– Chyba byłam ślepa, głucha i w ogóle głupia!

– Nie – powiedziała pani Ewa uspokajająco. – Po prostu do tej pory patrzyłaś, ale nie widziałaś, słyszałaś, ale nie słuchałaś, dotykałaś, wąchałaś i jadłaś, ale nie czułaś.

– Przegapiłam tyle rzeczy! Całkiem, jakbym żyła tylko trochę! – wykrzyknęła ze zgrozą dziewczynka. – Od dzisiaj już zawsze chcę widzieć, słuchać i czuć! Dobrze, że teraz wiem już jak. Mamo, chodź ze mną, pokażę ci, jak to się robi.

– Oczywiście, kochanie, ale nie teraz – odparła niezbyt uważnie jej matka, od pewnego czasu walcząc z ziewaniem.

– Ale dlaczego nie teraz?

– Teraz nie mogę. Jestem zajęta.

– Przecież nic nie robisz.

– Rozmawiam. I jestem zmęczona.

– Przecież tylko rozmawiasz.

– Bolą mnie nogi.

– Przecież cały czas siedzisz.

– Teraz nie mam ochoty.

– A kiedy będziesz miała?

– Później. I przestań mnie już męczyć. Weź sobie jeszcze jedno jabłko i idź się pobawić.

Dziewczynka spojrzała na panią Ewę, szukając u niej wsparcia, ale ta lekko pokręciła głową.

– To nie działa w ten sposób – powiedziała. – Każdy ma swój własny czas…

– Właśnie – podchwyciła skwapliwie matka dziewczynki. W jej głosie zabrzmiała ulga. – Pokażesz mi innym razem. Dzisiaj wolałabym mieć święty spokój.


Działania

Information

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: