czyli skąd wzięła się we mnie potrzeba bycia kimś
Doświadczenia zbieramy przez całe życie, przy czym te wczesne, bodajże z pierwszych trzech lat życia, są wyjątkowe, choć ich znaczenie odkrywamy stopniowo, przez następne lata młodości, dojrzałości i starości. Podobno jednak, choć bardzo wczesne, nie są to doświadczenia najwcześniejsze.
Wrażenia, jakie odbieramy jeszcze w łonie matki, mogą okazać się co najmniej równie ważne, a na pewno znacznie trudniejsze do odtworzenia, zwłaszcza, jeśli nie przemawiają do nas techniki rebirthingu czy regresji, bo w końcu iluż z nas rozmawia ze swoimi matkami o tych dziewięciu miesiącach naszego bezpowrotnie utraconego poczucia bezpieczeństwa? Zresztą pamięć ludzka jest nie tylko zawodna, jest również wybiórcza, nie możemy więc wymagać, by matka szczegółowo pamiętała cały tamten czas. Czasem jednak zdarza się, że jakieś wydarzenie utkwi głęboko w jej pamięci i pewnego dnia podzieli się nim z nami, wyjaśniając, być może, jakiś niezrozumiały fragment naszej osobowości. Tak właśnie było ze mną.
Miałem wówczas niespełna osiemnaście lat i kończyłem liceum, pławiąc się w dramatycznym poczuciu niezrozumienia mnie przez świat i wynikającej stąd bezsensowności dalszej egzystencji. Upojne chmary samobójczych myśli napływały do mnie co najmniej kilka razy w tygodniu, co, paradoksalnie, stanowić miało niezbity dowód mojej nadzwyczajnej dojrzałości. Po co żyć, skoro nie tylko nikt cię nie kocha, ale nawet nie rozumie? Nikogo nie obchodzi, kim jesteś, co myślisz i co czujesz. Jesteś niepotrzebny, myślałem smętnie, w miłym poczuciu męczeństwa, zupełnie jeszcze nieświadomy faktu, że nie każde męczeństwo czyni bohaterem.
Mniej więcej taki właśnie nastrój, choć, rzecz jasna, starannie ukrywany przed całym światem, towarzyszył mi w chwili, kiedy matka znienacka odkryła przede mną rąbek tajemnicy życia – mojego życia. Byłem jej trzecim dzieckiem, a drugim z trzech synów – oczywiście najmniej chcianym, jak podejrzewałem. Rozmawialiśmy o lekarzach – świetny temat, jeśli tylko lubi się narzekać i krytykować – i dochodziliśmy właśnie do wniosku, że te wszystkie konowały funta kłaków razem nie są warci i lepiej do nich nie chodzić, bo człowiek w najlepszym razie tylko sobie nerwy zszarga, jeśli już uda mu się ujść z życiem.
- To ci któryś zostawi nożyczki w brzuchu, a to przyszyje śledzionę do wątroby – tłumaczyła mi, z lubością powtarzając swoje ulubione przykłady. – Albo leczą cię na serce, jak masz zapalenie płuc. Znałam jednego takiego, co teraz leży pod trawnikiem, a był z niego chłop jak dąb. Ale takich to już mamy doktorów. – Westchnęła i odłożyła żelazko, przerywając na chwilę prasowanie. – A już najgorsi to są ginekolodzy – dodała ze zgorszeniem. – Przykładów daleko szukać nie muszę, bo chodziłam do jednego takiego, jak byłam z tobą w ciąży.
W tym miejscu ciekawie nadstawiłem ucha.
- Chodziłam do niego już wcześniej, przy Joli i Mariuszu i nie był taki zły – przyznała uczciwie, choć raczej niechętnie. – Ale jak poszłam z tobą, to wiesz, co mi powiedział?
Nastąpiła dramatyczna chwila przerwy.
- No? – rzuciłem ponaglająco, nie przeczuwając jednak finału.
Czytaj resztę wpisu »
Najnowsze komentarze