Kapłanka albo wiem, że nic nie wiem

18 01 2007

Monika odłożyła słuchawkę i zamyśliła się. To ciekawe, jak jednemu zdarzeniu można nadać zupełnie różne interpretacje. Kłania się poczciwy pan Albert ze swoją teorią. Wszystko jest względne. W rezultacie nic nie jest oczywiste, bo ile osób, Judith Golden's Tarot Deck tyle możliwych interpretacji każdego wydarzenia. Czy w takim razie można ufać swoim wrażeniom i przekonaniom? Przecież one też się zmieniają, choćby pod wpływem upływającego czasu i gromadzonych doświadczeń. Może dobrym wyjściem byłby brak jednoznacznego i autorytarnego oceniania swoich odczuć i przeświadczeń? Przekonanie o własnej nieomylności jest w końcu takie aroganckie. W każdym razie, na pewno lepiej nie przywiązywać się do tego, co nam się wydaje, że wiemy. Wtedy łatwiej będzie dostrzec swój ewentualny błąd w rozumieniu, czy postrzeganiu czegoś lub kogoś. No tak, wiem, że nic nie wiem, oto uniwersalne rozwiązanie problemu niepewności wynikającej ze względności wszystkiego. Jednym słowem, więcej pokory, drodzy państwo. Przyjmijcie do wiadomości, że możecie się mylić i w razie czego nie bójcie się do tego przyznać. W przeciwnym razie, opierając się i upierając, można zabrnąć w ślepy…

 

Dzwonek u drzwi przerwał jej rozważania. Monika otrząsnęła się z poczucia wzniosłej mądrości, które zdradziecko, a niepostrzeżenie zaczęło się w niej zalęgać i poszła otworzyć.

 

W drzwiach stała jej siostra, Anka. Jak zwykle, zamiast powitania, przez kilka sekund wpatrywała się w Monikę tym swoim przenikliwym wzrokiem, tak charakterystycznym dla osób o zdolnościach mediumiczno-empatycznych lub, niestety częściej, o zachwianej równowadze psychicznej. Nauczona doświadczeniem, Monika również bez słowa, wpuściła ją do środka i zamknęła drzwi.

 

- Co ty dzisiaj… taka udu-cho-wiona? - Anka, jak zwykle, mówiła powoli, z pewnym trudem artykułując niektóre słowa. - Zaczęłaś… medy-to-wać, czy co?

 

- Nie - odparła Monika po prostu, nie wdając się w żadne wyjaśnienia. Anka i tak nigdy nie słuchała. - Zrobię kawy.

 

Przeczytaj resztę tego wpisu »





Nowy Rok Zodiaczków

31 12 2006

Początek roku to doskonały okres na zastanowienie się nad sobą, podsumowanie tego, co było i zaplanowanie swojej przyszłości, przynajmniej na najbliższe dwanaście miesięcy, więc natychmiast po imprezie sylwestrowej, w równym stopniu odurzone refleksyjnym nastrojem co szampanem, Zodiaczki wracają do domu, pełne nadziei, że w nadchodzącym Nowym Roku Opatrzność pozwoli im wreszcie w pełni błysnąć niezliczonymi przymiotami i ukryć ewentualne niedoskonałości, a także wręczy wszelkie możliwe do zdobycia laury. Aby wspomóc niebiosa w tym niełatwym zadaniu, Zodiaczki nie zasypiają gruszek w popiele, lecz ochoczo biorą się do układania ambitnych planów działania, czyli robią postanowienia noworoczne, w których aż roi się od dobrych chęci, którymi jednak, w rezultacie, co roku zostaje wybrukowany całkiem pokaźny kawałek piekła.

BARAN
Tom Arma's Zodiac BabiesBaran dostałby chyba apopleksji, gdyby ktoś zdążył wymyślić, a już nie daj Boże, wykonać jakiekolwiek noworoczne postanowienie przed nim, więc skoro tylko zegar skończy wybijać północ, pośpiesznie kończy swe sylwestrowe balety i pędzi do domu, co sił w nogach, po drodze starając się szybciutko coś wykombinować, żeby móc przystąpić do realizacji natychmiast po przestąpieniu progu swego domu. Na brak pomysłów nigdy nie narzeka, a że bardziej liczy się dla niego działanie niż dumanie, Baran nie traci czasu na zapisywanie tego, co zamierza w Nowym Roku zrobić, lecz niecierpliwie zakasuje rękawy i ochoczo rzuca się do roboty. Szturmem zdobywa własne mieszkanie, bo woli później wstawić nowe drzwi, niż podczas szukania klucza po kieszeniach sylwestrowej kreacji, narazić się na eksplozję kotłującej się w nim energii. Nad systematycznym rozłożeniem działań i kolejnością ich realizacji na przestrzeni całego roku nawet się nie zastanawia, bo wiadomo, że najlepiej wszystkie postanowienia noworoczne wykonać naraz i to w pierwszym tygodniu Nowego Roku, żeby przez pozostałe pięćdziesiąt jeden tygodni móc zajmować się sprawami bieżącymi. Do czwartej nad ranem zrywa tapety w całym mieszkaniu i wywleka na środek pokoju wszystkie graty, szpargały i śmieci zgromadzone w szafach, szafkach, szufladach i na półkach we wszystkich pomieszczeniach, poza swoją sypialnią, bo gdzieś spać musi, a w bałaganie nie zamierza. Następnie błogo zasypia, w poczuciu dobrze spełnionej powinności noworocznej, a nazajutrz, od rana wita resztę rodzinki powracającej z imprezy radosną informacją, że Nowy Rok rozpoczną jak należy od generalnego remontu całego mieszkania, z piwnicą włącznie, a ponieważ on już swoje zrobił, czas by i inni wykazali się jaką taką aktywnością i od drzwi zapędza wszystkich do roboty, zachęcając ich rześkim „Ruszcie się wreszcie!” a siebie mianując, rzecz jasna, kierownikiem robót.

Baran nie planuje, że w Nowym Roku stanie się lepszą osobą, bo też i zmieniać, ani poprawiać siebie nie zamierza, a skoro już bozia stworzyła go ideałem, no to niech ma. Za to solennie obiecuje sobie wziąć się wreszcie za ten ślamazarny i niepozbierany świat dookoła, ze szczególnym uwzględnieniem swej nieznośnie niemrawej rodzinki, przyjmując za punkt honoru porządne rozruszanie wszystkich jej członków, czy tego chcą czy nie, i jest to jedyne postanowienie noworoczne, które Baran konsekwentnie i systematycznie wprowadza w życie co roku przez cały rok.

Przeczytaj resztę tego wpisu »





Głupiec albo otwarcie zmysłów

27 12 2006

Pewnego popołudnia przy stoliku na tarasie pewnego hotelu siedziała kobieta w średnim wieku, pogrążona w rozmowie z przyjaciółką. W pobliżu kobiet krążyła dziesięcioletnia dziewczynka. Od pewnego czasu próbowała bezskutecznie zwrócić na siebie ich uwagę, kopiąc kamiennego aniołka przy fontannie albo robiąc różne wygibasy i za każdym razem krzycząc, ile sił w płucach: „Mamo, spójrz na mnie!”, „Zobacz, jego to nie boli, on nie płacze!”, „Mamo, patrz, umiem sięgnąć brodą do kolan!”

Anna Mills Raimondi’s The Fool
W końcu jednak dała za wygraną i podeszła do matki. Z nadąsaną miną szarpnęła ją za sukienkę.

– Nuuudzę się…! – powiedziała przeciągłym tonem.

– No to pobaw się, skarbie – odparła jej matka nieuważnie. – I nie przeszkadzaj nam. Widzisz, że rozmawiam z panią Ewą.

Skarb przewrócił oczami.

– Ale ja się nuuudzę! – powtórzył, dodając przymilnie i przebiegle: – Pobaw się ze mną!

– Jestem zajęta – powiedziała matka niewzruszona. – Później się pobawimy, kochanie.

Kochanie wiedziało jednak swoje.

– Wczoraj też tak mówiłaś – mruknęło pod nosem. – A potem włączyłaś telewizor i kazałaś mi iść spać…

Jej matka zaśmiała się, choć nie wyglądała na rozbawioną.

Przeczytaj resztę tego wpisu »





Mag albo świat równoległy

27 11 2006

Szybkim krokiem wracałem do domu. Zapadł już zmierzch, było zimno i na dodatek zaczynał padać deszcz, a przede mną jeszcze pokaźny kawałek drogi. Zwykle ani taka aura, ani miejsce, ani pora nie nastrajają do zbyt urozmaiconych rozmyślań, na szczęście nie są jednak w stanie zaszkodzić tym rozpoczętym już wcześniej, zwłaszcza, jeśli zdążyły cię zaabsorbować tak silnie jak tego wieczoru moje zaabsorbowały mnie. Niewidzącym spojrzeniem patrzyłem pod nogi, oddając się hipnotyzującemu wpływowi jednostajnego rytmu własnych kroków. Całkowicie zignorowane ulice, placyki, bloki, samochody i ludzie wokół mnie zdawały się tak bezkształtne i nieistotne, jakby stanowiły tło zapomnianego snu.

Scott Cumming's The Magician

Zastanawiałem się nad potęgą myśli. Czy prawdą jest to, co dzisiaj usłyszałem? Czy to możliwe, aby każdy z nas był kreatorem swego życia? I że nasze myśli mają moc sprawczą? Brzmi to jak spełnienie dziecięcych fantazji o posiadaniu magicznej mocy zdolnej cudownie odmienić zły los. Czyżby każdy z nas był takim czarodziejem na własny użytek? Ale jeśli to prawda, to dlaczego tak niewielu ludzi jest szczęśliwych czy choćby zadowolonych z tego kim są i jak żyją? Chociażby ja sam. Dotąd myślałem o sobie i swoim życiu jak o wypadkowej myśli, uczuć, działań i wydarzeń wzajemnie niemal od siebie niezależnych i w znikomym tylko stopniu kontrolowanych przeze mnie. Dzisiaj usłyszałem słowa całkowicie sprzeczne z takim poglądem, a wyłuszczona mi zasada wydawała się tak niezwykle prosta, że mój przyzwyczajony do komplikacji umysł odniósł się do niej podejrzliwie. Dostajesz w życiu to, czego oczekujesz. Zupełnie jak w znanym stwierdzeniu Henry Forda: „Obojętnie, czy uważasz, że odniesiesz sukces, czy że nie, masz rację.” Z drugiej strony, czy to nie on powiedział też: „Możesz wybrać dowolny kolor swego samochodu, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny”? Może więc, w ostatecznym rozrachunku, otrzymujemy w życiu nie tyle to, czego pragniemy ale raczej to, co jest nam potrzebne i nie to, czego oczekujemy, ale raczej to, co jest nam przeznaczone? Bo jeśli tak, to właściwie przeżyte życie nie polegałoby ani na walce z przeznaczonym nam losem, ani na bezwarunkowym poddaniu się mu, ale na tym, by stale wybierać swe przeznaczenie. W ten sposób można by wypełnić swe przeznaczenie, nie rezygnując z wolnej woli. Skoro jednak posiadam wolną wolę, a moje myśli mają moc sprawczą, dlaczego dotąd z nich nie korzystałem? I czy w ogóle można z nich nie korzystać? Nie mogę zaprzestać myślenia, a zatem stosuję te zasadę przez całe życie, niezależnie od tego, czy zdaję sobie z tego sprawę, czy nie. Nic dziwnego, że życie wydaje mi się chaotycznym zlepkiem wzajemnie nie powiązanych z sobą elementów, skoro takie właśnie są moje myśli. Korzystam z zasady, mówiącej, że dostajemy w życiu to, czego oczekujemy, ale nie zdając sobie z tego sprawy, stosuję ją niewłaściwie. Podświadomie oczekuję od życia wcale nie tego, czego świadomie pragnę i ta rozbieżność powoduje chaos w moim życiu. Tym razem przyszła mi na myśl baśń Andersena, „Kalosze szczęścia”, w której ludzie nieświadomi są danej im mocy spełniania swych życzeń, czego skutki okazują się dla nich katastrofalne. Tylko czy dowodzi to, że destrukcyjna jest nieświadomość własnej mocy czy raczej nieznajomość swoich pragnień i potrzeb? A może jedno i drugie? W każdym razie, skoro i tak moje myśli wpływają na moje życie, chyba warto postarać się poprawić ich jakość…?

Przeczytaj resztę tego wpisu »